Za nami wspólne 4 miesiące! Piszę te słowa jako przeszczęśliwa i spełniona mama ❤️ Żeby Was nie zalewać toną słodkości, bo przy tłustym czwartku i tak macie już pewnie ich dość, będzie krótko. To najwspanialsze doświadczenie móc codziennie patrzeć jak się rozwija i zmienia ta mała istotka. Przytulać, całować, wywoływać uśmiechy, troszczyć się o Nią. Co kluczowego zapamiętałam z każdego miesiąca jako mama i sportowiec?

  1. O pierwszym miesiącu mogłabym książkę napisać. Był jak skok na głęboką wodę. Jako mama, kobieta i sportowiec nie czułam się pewnie i stabilnie. Cały swój czas i energię poświęciłam Jej, a sama nie myślałam ani o treningach ani internecie ani o swoim odbiciu w lustrze. Myślałam tylko o tym, by było Jej dobrze, ale przy tym stresowałam się, że coś zrobię źle. Pierwszy miesiąc kojarzy mi się z majtami z siaty, piżamami i myciem włosów kremem do ciała ? Taka byłam ogarnięta i piękna w tym czasie, że wstyd do tego wracać ? Pamiętam jak w końcu znalazłam dresy, które nie naciskają mi na bliznę i mogłam zamienić koszulę na dres, a Czarna już pierwszego dnia wyrwała w nich dwie dziury. Usiadłam i zaczęłam śmiać się przez łzy (a dresy swoją drogą służyły mi bardzo długo). Na przełomie 1-2 miesiąca pojawił się też katar u Niny co dodatkowo przyniosło sporo stresów. Do tego karmienie piersią – ogromne wyzwanie w pierwszym miesiącu. Oderwać Ninę na godzinę graniczyło z cudem. W biegu brałam prysznic, jadłam nad Jej głową to, co przygotował Bartek i wydawałam wszystkim dookoła rozkazy z pozycji kanapy. Może mogłam w tym czasie zrobić coś więcej jako kobieta i sportowiec, ale szczerze? Taki czas w majtach, gdzie 24 h spędzałam z Nią z perspektywy czasu wiem, że był nam potrzebny a świat daleko w tym czasie nie uciekł. 
  2. Drugi miesiąc, to takie przedłużenie pierwszego z delikatnymi zmianami. Stres wszystkim dookoła trochę ustąpił. Dalej wariuję, czy za długo nie jest w jednej pozycji i aby na pewno wszystko jest sterylne, ale poza tym pojawiło się jeszcze więcej bliskości, więcej zrozumienia, więcej przespanych nocy. Jako kobieta zaczęłam nosić zwykłe spodnie (jedne jeansy) ogarnęłam w końcu, że myję włosy body shampoo, a nie shampoo, zaliczyliśmy nawet z Bartkiem wspólne wyjście na koncert. Nina chętnie je z butelki, ale godzina przerwy to maks na co jest gotowa. Jako sportowiec zrobiłam niewiele, ale udało się wybrać na basen, pojeździć kilka razy na trenażerze i cały czas kontynuować rehabilitację po porodzie.
  3. Trzeci miesiąc życia to dużo zmian. Znamy już każdy rodzaj płaczu, a po mimice rozpoznajemy, czego pragnie w danej chwili. W pełni zaakceptowaliśmy Jej silny charakter i robi z nami co chce ? Zaliczyliśmy wspólne święta w moich rodzinnych stronach. Potrafi spędzić kilka chwil sama na macie lub pod karuzelą w łóżeczku, dalej są to dosłownie chwile, a na rękach u rodziców jest najlepiej, ale wyraźnie widać coraz większe zainteresowanie otaczającym światem i coraz wyraźniejszy rytm dnia. Bez cycka potrafi spędzić i dwie godziny. Chętnie je z butelki, gdy ja muszę gdzieś wyjść. Ja mieszczę się już w kolejne spodnie i zaczynam regularnie biegać! Moje 30 minutowe truchty zakończone są ekspresowym prysznicem bez mycia włosów i karmieniem. Je coraz krócej i rzadziej, ale dalej częściej niż mówią poradniki, a ja już nie mogę sobie pozwolić na 2-3 odcinki serialu pod rząd ?
  4. Wejście w czwarty miesiąc to jest coś! Mam wrażenie, że to duża dziewczynka i kuma wszystko co do Niej mówię. Jest wspaniała. Śmieje się w głos gdy masuję nóżki i całuję po brzuszku. Wyciąga rączki, łapie za twarz, odwzajemnia przytulasy – te wszystkie trudne tygodnie były tego warte i cieszę się, że jest tak do nas przywiązana. Wiem kiedy chce jeść, kiedy spać, a kiedy bawić. Je co 3 godziny nie tylko w nocy, ale i w dzień! Przestała akceptować butelkę, przez co ja wychodzę z domu w większym stresie. Nauczyłam się robić coraz więcej rzeczy z Nią i przy Niej. Bywa, że uda się coś ugotować, razem wyjść na jogę, zrobić małe zakupy. Jest stabilniejsza przez co zabawy nabierają rozpędu, a noszenie nie przypomina obchodzenia się z jajkiem. Ja biegam coraz więcej i częściej. Wróciłam w bardzo minimalnym stopniu do prowadzenia zajęć. Mogę wyjść na godzinny trening, po nim spokojnie wziąć prysznic i przygotować coś do jedzenia, a Ona dalej wesoło bawi się z Bartkiem.

Pojawia się coraz więcej obowiązków i możliwości, ale czasu wcale nie przybywa. To bywa przytłaczające i frustrujące. Jak czysta chata, to nie trening. Jak trening, to nie paznokcie. Jak paznokcie, to nie zakupy… Codziennie mam wrażenie, że robię coś kosztem czegoś i nigdy nie zrobie wszystkiego. Dlatego wyraźnie wyznaczyłam priorytety i póki co moje dni kręcą się głównie wokół Niny. Nie wyobrażam sobie teraz powrotu do pracy na pełen etat czy treningów dwa razy dziennie, ale przyjdzie dzień, że obie do tego dojrzejemy. Jak ze wszystkim. Kilka dni temu przestałam prasować Jej skarpetki, to i do zostawienia Jej na 8 godzin w końcu będę gotowa ? A co! Taka ze mnie szalona mateczka ??‍♀️

Share: