life stylepodróżetrening

Biegowe wakacje w Sankt Moritz, czy warto?

Od naszych biegowych wakacji w Sankt Moritz trochę minęło, ale w związku z tym, że obecnie sama poszukuję kolejnego miejsca, w którym trening będzie przebiegał przyjemnie, a jako rodzina będziemy czuli się na dobrych wakacjach, postanowiłam w końcu zebrać swoje doświadczenie i wrażenia i wrzucić na bloga. Wiem jak takie recenzje pomagają mi samej, a myślę, że nie tylko mi.

To był nasz trzeci raz w Sankt Moritz. Pierwszy raz byliśmy w 2015, drugi w 2017, no i teraz 2021. Wiele rzeczy się zmieniło przez ten czas i u nas, i w Szwajcarii i w Polsce, ale jedno jest niezmienne – to miejsce zachwyca od pierwszej chwili. Cała Dolina Engadyna jest po prostu bajeczna, a przy tym wyjątkowo spokojna i nawet w środku lata ilość turystów nie przytłacza. Biegasz, spacerujesz, zdobywasz szczyty i praktycznie wszędzie możesz cieszyć się cisza i spokojem, coś czego nigdy nie widziałam w polskich górach. Do tego natura, widoki… warte zobaczenia. 

Czemu Sankt Moritz? 

Miejsce położone jest na wysokości 1800 m n.p.m., a więc pozwala na trening w warunkach tzw. hipoksji (niedotlenienie organizm). Trenuje się ciężej, nasze możliwości spadają, szczególnie w pierwszych dniach, ale w ogólnym rozrachunku i przy mądrym treningu, trening w takich warunkach ma doprowadzić do poprawy naszych możliwości wysiłkowych. Oczywiście wymaga to czasu (jednorazowy pobyt 3-4 tygodnie), odpowiednio ułożonego treningu, wkomponowania wyjazdu w cykl treningowy (czas zjazdu i ważnych zawodów), a także stałej analizy i obserwacji jak trening w takich warunkach na nas działa. O samym treningu w wysokich górach nie będę się rozpisywała, chcę tylko zaznaczyć, że pod tym kątem jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w Europie wśród biegaczy, kolarzy i triathlonistów. 

Poza wysokością kolejny ogromny plus Sankt Moritz to niekończąca się ilość tras dla biegaczy, którzy przygotowują się do startów ulicznych. O ile ktoś może powiedzieć, że piękne góry nie tak trudno znaleźć, o tyle góry, gdzie można zrealizować trening biegacza ulicznego, to już nie taka prosta sprawa. A Sankt Moritz? Mam wrażenie, że to miejsce powstało z myślą o maratończykach 😉 Są, praktycznie płaskie pętle wokół jezior (St. Moritz i Silvaplana). Stadion i dostępny sprzęt, jak płotki. Jak ktoś ma ochotę na płaską pętlę na wysokości ponad 2400 m. proszę bardzo. Więcej podbiegów? Polecam wyprawę w stronę Celerina, Pontresina. Super podbiegi? Z pętli wokół jeziora St. Moritz do jeziora da Staz (gdzie można zrobić także open water). Można biegać i biegać, a do tego ścieżki są pięknie oznaczone, ubite, dla mnie bajka. Osoby, które łakną bardziej górskich klimatów, także nie będą zawiedzione. Moim zdaniem tu jest wszystko. W 2017 przyjechałam tu z rowerem i trenowałam pod kątem triathlonu i również bajka. 

Jeżeli ktoś chce odpocząć od wysokości lub zrealizować mocniejszą jednostkę, którą ciężko zrobić wysoko, jakaś godzina drogi i jesteśmy we włoskiej Chiavennie, gdzie mają piękny niebieski stadion oraz mega fajne włoskie knajpki 😉 I sklepy, o których później jeszcze napiszę. 

A więc czemu Sankt Moritz? Warunki do treningu, wysokość, cisza, spokój, piękne krajobrazy – to wszystko tu dostaniemy w wersji 10/10. 

Najlepsze miesiące na wyjazd i zakwaterowanie

Sankt Moritz to dość drogie miejsce, nie dość, że Szwajcaria, to jeszcze ekskluzywny kurort. Natomiast sezon tu trwa zimą, więc biegacze przyjeżdżający latem mają trochę łatwiej. Do tego w większości miejsc jest coś takiego jak koniec sezonu, który przypada na ostatni tydzień sierpnia i w wielu miejscach ceny spadają o 40%! I to jest już mega różnica. My w tym roku tak zrobiliśmy. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że to są wysokie góry, i choć miejsce słynie ze słonecznej pogody, we wrześniu potrafi być już dość zimno (można się zdziwić i rano zobaczyć temperaturę koło 0 stopni), więc pod kątem pogody dla biegaczy i rowerzystów najlepiej sprawdzą się terminu od późnej wiosny do połowy lata (maj-sierpień, a nawet czerwiec, bo maj może być kapryśny podobnie jak wrzesień. Natomiast nie jest też tak, że we wrześniu nie da się trenować, wręcz przeciwnie, 5-15 stopni to idealna temperatura do treningów, ale już do spacerów z dzieckiem nie do końca, więc pod tym kątem trzeba brać poprawkę. Z drugiej strony, nawet jak jest zimno, praktycznie cały czas świeci słońce, co samo w sobie jest mocno ładujące.

Jeżeli chodzi o zakwaterowanie, nam osobiście bardzo podoba się w Residenz Am See. Świetne apartamenty, z widokiem na bieżnię, dostępem do małej siłowni i pralni. Są dość drogie, ale tak jak wyżej pisałam, we wrześniu macie tu taniej, do tego gdy np. wyjeżdżacie grupą i weźmiecie apartamenty 4 osobowe, ceny też są niższe niż w przypadku takiej rodziny jak my.  Istnieje jeszcze rozwiązanie by znaleźć zakwaterowanie w pobliskiej Silvaplanie, gdzie też od razu wychodzimy i możemy biec przed siebie gdzie dusza zapragnie (moja ulubiona trasa na longi, to St.Moritz- Silvaplana i krążenie wokół jezior. Minus taki, że do bieżni, czy na basen dalej jak ktoś bardzo potrzebuje, no i kultowa pętla wokół Jeziora Sankt Moritz – warta każdej ceny 🙂

Dojazd i formalności

Z samej Warszawy do prawie samego St. Moritz można dojechać autostradami, bardzo wygodne rozwiązanie dla rodzin, osób z rowerami, zapasami jedzenia i dużymi bagażami. Samolotem dolecimy np. do Mediolanu i stamtąd pociągiem/autobusem możemy dojechać do St. Moritz. My za każdym razem wybieraliśmy podróż autem i wyjazd w środku nocy, dzięki czemu udawało się minąć korki na autostradach przy dużych miastach w Niemczech. Co do formalności, wiadomo – dokumenty tożsamości. W czasach covidu, w zależności od obostrzeń możecie być też zatrzymani na granicy, żeby pokazać certyfikaty, do tego podróżując przez granice Włochy-Szwajcaria możecie czasem mieć kontrolę czy nie przewozicie dużej ilości alkoholu lub mięsa. Z blogerskich spraw, nie działa niestety tam roamingu UE, więc najlepszym rozwiązaniem jest zakup karty prepaidowej lub korzystanie z wifi w hotelu. 

Stadion teoretycznie jest dostępny, tylko po zgłoszeniu do biura turystycznego Sankt Moritz swojego przyjazdu. Piszę teoretycznie, bo nigdy nie widziałam, żeby ktoś sprawdzał te karty przy wejściu. Natomiast warto napisać tak czy siak, bo raz, że Szwajcarzy lubią mieć na wszystko ok, a dwa jeżeli macie np. jakieś sukcesy lokalne lub międzynarodowe i opiszecie to w mailu, możecie otrzymać dodatkowo jakieś zniżki, wejściówki na basen, a nawet darmowe bilety na kolejkę (ale to zależy od poziomu sportowego 🙂 ) . 

Ceny 

Jak już wspomniałam, jest to dość drogie miejsce. Podróżując autem można zabrać ze sobą wiele produktów z Polski i przyrządzać posiłki na miejscu (większość miejsc do wynajęcia to apartamenty z kuchnią). Natomiast biorąc pod uwagę stałość Szwajcarii i szalejącą inflację w Polsce, obecnie nie odczujemy na wielu rzeczach takiej szokującej różnicy, jak jeszcze 6 lat temu. Oczywiście będą produkty dużo droższe (szczególnie mięso i warzywa i owoce), ale naprawdę nie jest to już taki szok dla oczu i portfela jakiego doznaliśmy za pierwszym razem. Jedzenie w restauracjach i inne usługi,  z których byście musieli nagle skorzystać są drogie, ale tu też jest fajnym rozwiązaniem udanie się na wycieczkę do Chiavenny, o której pisałam wyżej lub Livigno. Trening, zwiedzanie, włoska pogoda, włoskie jedzenie, włoskie ceny – polecam gorąco.

Trening

Wróćmy jeszcze na chwilę do tego treningu. Oczywiście większość z nas nie może pozwolić sobie na miesięczne wakacje/obóz, by w pełni poznać działanie treningu w warunkach hipoksji, ale samo to miejsce, sprawia, że trenuje się tu tak fantastycznie, a wrażenie obozu/wakacji, gdzie nie spieszymy się do pracy i poza treningiem nie mamy wielu innych obowiązków, sprawiają, że ciężko byśmy nie wrócili w dobrej/lepszej formie. Oczywiście niezależnie od długości pobytu i naszego zaawansowania, polecam stosować się do ogólnych zaleceń treningowych na wysokości, a także słuchać swojego organizmu. Są osoby, które mówią, że kompletnie nie czują różnicy, a są takie dla których wysokość jest od początku wyzwaniem. Mówi się, że im trudniejsza adaptacja, tym lepsze działanie gór 😉 W każdym razie u mnie osobiście sprawdza się mega duża ostrożność w pierwszych 7 dniach. Same rozbiegania i duża objętość (czyli nie zmniejszam, a wręcz zwiększam liczbę kilometrów w tygodniu, ale nie robie żadnych mocnych treningów przez pierwszy tydzień. Do tego pilnują picia wody oraz sprawdzam saturację. I powiem Wam, że te trzy zasady sprawiły, że nasz ostatni wyjazd był najlepszy jeżeli chodzi o moje samopoczucie i formę po. Mimo wielu nieprzespanych nocy – mam wrażenie, że Ninka mogła mieć problem z wysokością, albo po prostu zmiana miejsca i bywało dość ciężko 🙂 

Minusy

Można by uznać ceny za minus, ale jak ktoś z tym się liczy, a do tego wykorzysta polecane przeze mnie tipy, to uwierzcie, że wyjazd wcale nie wyjdzie bardzo drogo. 

Pogoda – jak się chce mieć słoneczko do opalania po treningach zdecydowanie bardziej polecam lipiec niż końcówkę sierpnia. Potrafi czasem mocno wiać, ale nigdy nie wiało tak bym np. ja nie była wstanie zrobić treningu, a wiatru nie lubię 🙂 

Coraz większa popularność tego miejsca. Jest to w jakiś sposób minus. Pamiętam, że za pierwszym razem robiąc pętlę (4300m) wokół jeziora, spotykałam na niej 2-3 spacerowiczów, w 2021 ciężko biegało się tą pętlą, bo starszych spacerowiczów mona było liczyć w dziesiątkach i wiecie co jest najgorsze? Tam kompletnie nikt nie schodzi z drogi, więc o ile mija się jedną osobę jest spoko, tak przy kilkunastoosobowej grupie i mocnym tempie, robi się niemiło.

Brak większych atrakcji dla dzieci. Jest fajny plac zabaw, basen, ale ogólnie jak pogoda jest słaba, to z takim szalonym dwulatkiem czasem ciężko znaleźć tam sobie miejsce. Natomiast też nie jest tak, że odradzam wyprawę z dziećmi. My daliśmy radę, tylko do dziś się zastanawiam czemu oprócz Niny właściwie w ogóle tam nie spotykaliśmy innych dzieci 🙂 

Wysokość – dla osób mających problem z aklimatyzacją, taki pobyt może być męczarnią, dlatego przed wyjazdem warto zbadać krew (szczególnie żelazo i ferrytynę), a na miejscu gdy czujemy się gorzej, dużo pić i nie przesadzać z treningiem.

Te wszystkie minusy wypisałam trochę na siłę, tak by nam nie zabrakło miejsca w najlepszym terminie 😉

Podsumowując, Sankt Moritz to według mnie raj dla biegaczy,i tych szybszych i wolniejszych. W grupach, z rodzinami, naprawdę to jest miejsce tego typu, że nawet jak wyjedziecie z niebiegającą drugą połówką – odnajdzie się tu idealnie. My pewnie jeszcze nie raz zawitamy w Sankt Moritz, a póki co powoli pakujemy się by przetestować kolejne miejsce. Czy Denia okaże się dobrym wyborem na ucieczkę od zimy i trening do maratonu? Mam nadzieję, że za kilka tygodni dowiecie się o wszystkich szczegółach i wrażeniach 🙂 

Share: