Kto nie lubi biegania pod górę?

Fakt, nie jest to najprzyjemniejszy rodzaj treningu, ale za to niezwykle skuteczny. Stosuje go wielu biegaczy w celu poprawy siły i wytrzymałości. Sama staram się raz w tygodniu aplikować tego typu bodziec.

Wybieram w miarę łagodne, około 300 m wzniesienie i męczę je od 5 do 10 razy. Wbiegam na 90% swoich możliwości (pod koniec dysząc ze zmęczenia), a zbiegam truchcikiem. Robiąc podbiegi, bardzo ważna jest technika biegu: sylwetka musi być wyprostowana, kolana trzeba podnosić wysoko (nie szurać), a kroków nie skracać. Wierzę, że między innymi dzięki podbiegom, tak dobrze zniosłam ostatni maraton 🙂
Gdy wbieganie pod tę samą górę wydaje się nudnym pomysłem, warto od czasu do czasu postawić na trening w urozmaiconym terenie (góry, pagórki, zakręcone polne ścieżki). Nasze ciało wyciągnie z takiego biegu o wiele więcej, bo nawet jeżeli biegniesz wolniej, angażujesz o wiele więcej mięśni niż przy bieganiu po płaskim. Może się narażę co poniektórym, ale uważam (nie jestem w tym jedyna), że do budowania siły, biegaczowi nie potrzebna jest siłownia. Siłownia często wręcz przeszkadza. Nasze ciało to świetne obciążenie, trzeba tylko umieć je wykorzystać. Podbiegi, to jedna z opcji. Już niedługo pojawi się kolejna, wiecie o czym mowa?
Pozdrawiam!
PS Gdyby ktoś zastanawiał się nad włączeniem podbiegów do treningów, polecam artykuł obszerniej opisującej zagadnienie – KLIK -KLIK

Share: