ciąża

Odstawienie od piersi – nasza historia

Z mojego doświadczenia. Karmienie piersią było przyjemne i wygodne. Buduje niesamowitą bliskość, rozwiązuje wiele problemów (skoki, gorączka), niesie spokój i ukojenie, i dla mamy i dla dziecka. Oczywiście wymaga też poświęceń. Czasem jest bolesne, czy w końcu męczące. I jak wszystko ma swój początek i koniec – kiedy i na jakich warunkach? Tu każda musi znaleźć swoją własną odpowiedź.

Ja uwielbiałam karmić. Od początku bardzo chciałam karmić i nie żałuję ani chwili, ale obecnie czuję też niesamowitą ulgę, że piszę już w czasie przeszłym.

Przyszedł po prostu mój moment na odstawienie i Niny myślę, że też. Oczywiście pożegnanie choć takie upragnione nie znaczy, że było łatwe. Były dylematy, smutek, czy wątpliwości z mojej strony w gorszych chwilach, ale wiedziałam, że tak będzie teraz, za miesiąc, czy rok. A ja naprawdę czułam, że to jest już ten czas dla nas wszystkich i nie ma odwrotu. Trzeba czasem być w życiu konkretnym (a to nie jest moja mocna strona). A biorąc pod uwagę, że karmiłam prawie 18 miesięcy, zakładając 6-12, swoje zrobiłam z nadwyżką i mam nadzieję, że Nini to docenia 😉

Przechodząc do rzeczy, jak wyglądało u nas konkretnie odstawianie, skoro to taka wielka dla mnie sprawa?

Od razu na wstępie zaznaczę, byście lepiej poznały/li naszą sytuację. Nina to klasyczny cycoholik. Bezsmoczkowa i bezbutekowa. Pierwsze tygodnie po narodzinach nie można było praktycznie Jej ode mnie odciągnąć. Cały miesiąc przesiedziałam w koszuli do karmienia i z Ninką na rękach i niczego tak w macierzyństwie nie zazdrościłam innym kobietom jak jeansów na tyłku w tym czasie, makijażu, czy pozowania do zdjęć 😉

Gdy przyszedł moment, że Nina wyregulowała się na jedzenie co 3 godziny, to jadła co te 3 godziny (wliczając noce) aż do 10 miesiąca życia. Mamy na swoim koncie może 2-3 noce, gdy spała ciągiem dłużej niż 3 h 😉 A poza tym doba dzielona co 3 godziny była u nas długo standardem. Regularność Ninki na pewno miała duży wpływ na to, że przez całą naszą mleczną przygodę nie miałam większych problemów, zastojów, zapaleń… Nawet po powrocie do regularnych treningów, biegnąc maraton, także nie miałam z niczym problemu, czy dyskomfortu. Poza tym, że zmienił się rozmiar mojego topu i postawiłam na trochę większe wsparcie, właściwie nic więcej nie robiłam. Największym wyzwaniem dla mnie związanym z karmieniem były sytuacje, gdy byłam chora, przed lub po starcie lub źle się czułam po mocnym treningu. Nie było tych dni wiele, ale jak już były wymagały ode mnie dużo siły. Na szczęście istnieje coś takiego jak matczyna rezerwa sił, więc zawsze dawałam radę 😉

Przygotowując się do macierzyństwa, zakładałam, że będę karmić do roku (takie różne założenia się sobie robi jak jeszcze nie ma dzieci ;), więc koło tego 10 miesiąca zaczęłam szukać pomysłów: jak odstawić łagodnie dziecko od piersi? Nie chciałam tego robić na siłę, korzystać z treningów i metod szokowych, więc to też nie jest tak, że miałam mega parcie by zrobić to już, teraz i koniec. Mało tego, ja należę do tych mam, które nie wyobrażały sobie, że misja odstawienie jest w moim przypadku do wykonania. Od początku wyznaję macierzyństwo bliskości i przy odstawianiu także chciałam zachować tę bliskość. Wolałam być bardziej zmęczona, czy mniej pracować, niż mieć poczucie, że robię krzywdę swojemu dziecku. Dlatego właściwie najlepsza i jedyna zasada jaką poznałam i do której próbowałam się zastosować, było rezygnowanie po jednym karmieniu, zaczynając od najmniej potrzebnego

W ten sposób dość gładko poszły karmienia niezwiązane z drzemkami. Następnie z drugą drzemką, akurat tak się złożyło, że Nimi wyrosła w międzyczasie z drugiej drzemki.

Gdy zostało jedno karmienie w ciągu dnia do drzemki, zaczęło robić się pod górkę. Z Bartkiem zasypiała bez problemu, ze mną różnie. Bywało, że zasnęła, bywało, że kończyło się karmieniem. W końcu, powoli, w swoim tempie odzwyczaiłyśmy się od dziennych karmień i nawet drzemka bez piersi była czymś normalnym. Tak zadziało się mniej więcej jak Nina miała rok.

Karmienie do snu, nocne i poranne, to inna historia i tu daliśmy sobie więcej czasu.

Z mojego punktu widzenia, na każdy kolejny krok potrzebna jest gotowość fizyczna i psychiczna zarówno mamy jak i dziecka. A może nawet obojga rodziców. To się widzi i czuje, kiedy dziecko jest gotowe i potrzebuje tylko delikatnego bodźca do zmian. Podobnie z rodzicami. Nie bez powodu w pewnym momencie nie próbowaliśmy odstawiać nocnych karmień – dwoje rodziców przygotowujących się do maratonu, bardzo cenią sobie sen, nawet ten przerywany 😉

Koło Nowego Roku przyszedł do mnie mały kryzys. Byliśmy po chorobie, karmień przybyło i absolutnie nic nie zapowiadało by dało się je wyeliminować. Nie było opcji by Nina po kąpieli straciła mnie z oczu. Nie było też dyskusji jak chce zasypiać. Byłam zmęczona i zdołowana, że tylko ja mam taki problem z odstawieniem.

Każde dziecko i każda matka jakoś ten proces przechodzi, a ja patrzyłam na siebie i Ninkę i nie widziałam szansy by zrobić to bez poczucia wyrządzania krzywdy… Ostatecznie zluzowałam i dałam sobie jeszcze więcej czasu. Odpuściłam. Przestałam myśleć o odstawieniu i skupiłam na tym, że ile to nie potrwa, w końcu się skończy, więc powinnam cieszyć się tym czasem i bliskością. Planów na wieczór, czy noce w obecnych czasach i tak lepszych nie miałam. Doszedł też żłobek, a to zdecydowanie nie jest moment na odstawianie.

W ten sposób minęły nam kolejne 3 miesiące. W międzyczasie z karmienia do snu, dwóch nocnych i porannego, zostały dwa: do snu i jedno w nocy. Oczywiście z małymi odstępami na gorsze chwile, czy gorączkę. Tu też trzeba zaznaczyć dużą rolę Bartka, który praktycznie całkowicie przejął nocne wstawanie do Niny. W ten sposób Nina nauczyła się, że pierwsza pobudka to karmienie, a druga to już tylko utulanie. Czasem na odwrót, czasem w ogóle. Właściwie od razu było widać i słychać, czy pobudka będzie oznaczać karmienie, czy tylko przytulasy. I tak nam mijały dni, tygodnie i właściwie nic nie goniło do kolejnych zmian. Zmiana z wstawania co 3 h na jedną pobudkę, była dla nas ogromna, że aż strach było prosić o więcej.

Do kolejnego kroku potrzebny był impuls. Gdy zamknęli żłobki z powodu pandemii, oboje stwierdziliśmy, że to jest dobry moment by spróbować od poniedziałku odstawić karmienia do snu. Przyznam szczerze, że nie miałam pojęcia jak to w ogóle wyjdzie. Nie mogłam sobie wyobrazić, że Ninuś po prostu godzi się na takie zmiany, ale stwierdziłam, że jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy, czy jesteśmy już wszyscy gotowi. Czy jest to ten moment? Myślę, że każde dziecko ma swój rytm i czas na zmiany i my rodzice musimy nauczyć się te momenty wyczuwać i do nich dostosowywać. Przynajmniej u nas plus minus takie podejście się sprawdza.

Przyszedł TEN poniedziałek. Nasz pomysł na „nowe usypianie” wyglądał tak: wspólna kolacja, kąpiel, w czasie gdy Bartek Ninkę ubiera w piżamy, ja daję buziaka, mówię, że dziś z tatusiem pójdzie spać, a mamusia przytuli później, żegnam się i… chowam do łazienki. Wiem, że sporo osób stosuje zasadę wyjazdów, ale u nas opcja, że ja byłam pod ręką sprawdziła się idealnie. Trzeba znaleźć własny patent na siebie i swoje dziecko.

W ten sposób pierwszego dnia Bartek uśpił Ninę bez większych problemów. Jakoś po 20 minutach przytulania i noszenia zasnęła. Byłam w pozytywnym szoku. Drugiego dnia trochę się zbuntowała i wołała „mami”, więc wyszłam z łazienki i wzięłam Ją na ręce i przytulona do mnie zaraz zasnęła. I jednej i drugiej nocy budziła się po razie na karmienie. Trzeciego dnia wiedzieliśmy już, że wszyscy mamy covid i w związku z tym zawiesiliśmy odstawianie, ale ku naszemu zdziwieniu Nina nie budziła się w nocy, więc jedno karmienie na dobę zostało utrzymane.

Po kilku dniach, gdy wszyscy już czuliśmy się lepiej, założyliśmy nowy plan – od kolejnego poniedziałku próbujemy od nowa. Izolacja i brak treningów maratońskich to idealna okazja do takich zmian. Wszyscy w domu, dużo czasu i sił na okazywanie bliskości i zaangażowania –  to był nasz kolejny impuls, który trzeba było spróbować wykorzystać.

Nina nie płakała za piersią, a bardziej za mną, więc w końcu zrezygnowaliśmy z chowania się w łazience i Ninka zasypiała wtulona we mnie, ale bez karmienia. Z drzemką zadziało się podobnie. Do tej pory Bartek był głównym usypiaczem dziennym, a przy odstawianiu Ninka się zbuntowała i przez kilka dni tylko mama wchodziła w grę. Później to się zaczęło zmieniać, ale widać potrzebowała więcej mojej bliskości przy tych zmianach i ja z tego powodu bardzo cieszyłam się, choć i zmęczona też byłam. Czułam się lżej jako mama i starałam się (cały czas staram) dawać jak najwięcej mojej bliskości i miłości.

Po piątym dniu mieliśmy mały kryzys. Jakby nagle Ninka sobie przypomniała o karmieniu piersią i kilka razy się upomniała, co zasiało we mnie pewne wątpliwości i smutek. Przetrwaliśmy ten moment, ale zaczęliśmy bawić się i czytać do 23…Dwa wieczory mieliśmy takie gorsze, później było dużo lepiej, ale mocno przestawiła się pora snu. Powoli Nina wraca do starego rytmu, czasem nawet już z Bartkiem zasypia. Czasem wcześniej, czasem później. Możliwe, że to zmiany związane z karmieniem, skok, czy jakiś inny regres snu. Mimo, że staramy się pilnować rytmu dnia, na 3 noce dobre, przypadają 3 trudne, więc bardzo elastycznie podchodzimy do wszystkich zmian i z otwartą głową bierzemy to, co nam Nina naszykuje. Usypianie stało się większym wyzwaniem, ale w końcu wszyscy załapaliśmy nowy rytm i teraz jest nieźle. Nie zapeszając.

Obecnie mija trzeci tydzień bez karmienia. Ja osobiście jestem jeszcze w szoku, że nie karmię, więc bardziej nie mogę uwierzyć niż cieszę się, że udało się nam przejść przez ten proces. Nina dużo się przytula do nas. Trochę więcej je i dłużej śpi. Wydaje mi się, że to był dobry moment na zmiany i dla Niej i dla mnie. Ze swojej strony mogę też powiedzieć, że takie powolne odstawianie sprawiło, że nie miałam problemu z laktacją. Po prostu sama stopniowo zaczęła hamować i dostosowywać do zmian, a gdy przestałam karmić, max 2 dni czułam lekki dyskomfort i tyle. Także z tej perspektywy polecam. 

Jeżeli miałabym podsumować naszą historię by coś można było z niej wynieść…  Myślę, że najważniejsze, to znaleźć swój sposób i odpowiedni czas. Swój moment na takie zmiany. Być gotowym zarówno fizycznie jak i psychicznie. Wiedzieć kiedy delikatnie popchnąć siebie i dziecko do zmian, a kiedy wycofać się. Słuchać swojej intuicji. Wierzyć w coś takiego jak intuicja rodzica, a mniej ufać wszelkim ebookom i szkoleniom online. W końcu kto zna lepiej nasze dziecko? Będą mamy i dzieci gotowe na odstawienie po 9 miesiącach, 18 tak jak my, czy trzech latach. Nie oczekiwać cudów. Dzieci są różne, przechodzą przez różne etapy rozwoju, beda różne noce i dni. Nie starać się zaprogramować dziecka, a podążać za nim i akceptować takie jakie jest. Dawać jak najwięcej miłości i bliskości pod inną postacią. Tak ja to widzę, co nie zmienia faktu, że wiele spraw jest dla mnie nowością, wyzwaniem, czy niesie za sobą ogromne emocje. U nas odstawienie trwało dość długo. Mieliśmy swoje wzloty i upadki. Ninka w tym momencie potrzebowała wręcz więcej mojej obecności i bliskości. Ja podobnie. Nie wiem jak to się stało, że akurat w ten sposób udało się nam odstawić, ale to chyba właśnie ta intuicja i odpowiedni czas. Dlatego, jeżeli jesteś w podobnej sytuacji, uwierz, że jest to do zrobienia. Powieje banałem, ale jeżeli ja z Niną się odstawiłyśmy, to naprawdę jest to do zrobienia.

Share: