37. Maraton Warszawski wydarzył się naprawdę, czyli jak wyglądało moje łamanie 3h

37. Maraton Warszawski przeszedł do historii. 27.09.2015 na pewno zapisze się w mojej pamięci na długo, jak nie na zawsze, choć z tym może być różnie, bo pamięć mam lotną, taką nawet ulotną i jak mnie ktoś z zaskoczenia zapyta ile przebiegłam już maratonów, uwierzcie, że nigdy nie pamiętam. 27.09.2015 postaram się jednak zapamiętać. Tego dnia przebiegłam maraton poniżej magicznej granicy 3 godzin. Dokładnie wpadłam na metę z czasem netto 2:59:09 (czas rzeczywisty biegu), brutto 2:59:19 (od wystrzału startera). Byłam 9. kobietą na mecie i 4. Polką w największym maratonie w Polsce. Dodatkowo przyczyniłam się do Drużynowej wygranej Klubu Warszawiaky oraz zostałam Mistrzynią Blogerek! Nie mam trenera, klubu i historii sportowca za sobą. Jestem amatorką, która oddaje się bieganiu ciałem i głową. Trenuje bieganie równie intensywnie, co kocha. Pasja, to chyba najważniejszy składnik mojego sukcesu. Potrafię zmusić się do ciężkiego treningu i poświęcenia, bo kocham to co robię. Gdy dobiegłam na metę, sama nie wierzyłam w to co się stało, Bartek objął mnie, a ja pierwsze co wyszeptałam: „bardzo chce mi się pić”.
Długo się zastanawiałam od czego zacząć swoją relację. Czy wprowadzić Was najpierw w moje przygotowania, jak wyglądał trening, dieta, co przemilczałam i dlaczego, skąd tyle wpisów o potędze głowy na biegu i dlaczego uważam, że trening amatorów powinien być mniej inspirowany treningami zawodowców? Czy skupić się już na osiągniętym wyniku i opowiedzieć co dalej? Czy zacząć od 27 września i zaprosić Was na trasę? Nie będę trzymała w niepewności i zacznę najprościej… od biegu. Na analizy, wnioski i podsumowania przyjdzie czas, a teraz zapraszam na relację „prawie” na gorąco!
5:40 dzwoni mój budzik. Przecieram oczy i czuję się taka niewyspana i niegotowa. Po chwili słyszę budzik Pawła, a dalej Bartka, więc zrywam się by zająć łazienkę. Trzech maratończyków pod jednym dachem to wyzwanie, a przed startem czysta walka o przetrwanie. Łazienka, toster, kawa, z takimi rzeczami nie ma żartów! Każdy ma wszystko wyliczone co do minuty i chce być pierwszy! Haha a tak poważnie, nasze życie może szalone, ale naprawdę nieźle sobie radzimy i nawet na diecie białkowej nie doszło do rękoczynów. U mnie poranek to moment, gdy tak długo tłumiony i odpychany stres przedstartowy w końcu nie daje się uciszyć. Żołądek się zaciska, nerwowo robię śniadanie, trzęsącą ręką przypinam numerek, piję kawę nie myśląc o smaku, zmieniam kawałki w poszukiwaniu najbardziej inspirującego, ale nic nie jest w stanie mnie uspokoić, nawet nie mam siły być złośliwa i irytująca. To się dzieje. To dziś. Ja zaczynam się bać. Boję się dystansu, presji, niepowodzenia, bólu, porażki, ale myślę, o tym, że to tylko bieg, tylko bieg, to tylko trochę więcej niż półmaraton i to trochę wolniej, w życiu są gorsze powody do obaw i strachu, a to tylko bieg, do tego bieg, na który czekałam i przygotowywałam się od dawna. Mój bieg, co zrobiłam i wyczekałam to moje, a co będzie to będzie. Mogę tylko odetchnąć z ulgą i cieszyć się, że już za chwilę wszystko się rozstrzygnie. Pobiegnę kolejny maraton, to nic nowego, a życie będzie toczyć się dalej. Boję się, ale strach mnie nie paraliżuje, bo to tylko bieg.
Przed Stadionem Narodowym jesteśmy około 8.00, do startu została godzina. Tradycyjnie najpierw zaliczamy toaletę, później przebieramy się i udajemy na rozgrzewkę. Według potrzeb idziemy jeszcze do toalety. W tym momencie ja zostaję sama, szybka toaleta, trucht do strefy startowej, przekazanie kurtki mamie Bartka i… no i do startu zostało 5 minut. Zrobiłam kilka wymachów, skłonów, nie było czasu na więcej, więc skupiłam się na tym, z czym mam najczęściej problem: plecy i zginacze stawu biodrowego. 2 minuty. Wchodzę do strefy startowej na 3:00. Ciasno, wąsko, dużo ludzi. Za ramię ktoś mnie łapie, nie chcę pisać fan, bo Bartek to już jak dobry znajomy, z którym się ścigamy od jakiegoś czasu. Rok temu wykorzystał moją niedyspozycję i złamał 3h, ale wystartował i w tym na +/- taki czas dla przyjemności 🙂 Cieszy mnie ten fakt, bo zawsze dobrze mieć przy sobie kogoś znajomego. Wszystko dzieje się tak szybko, nie mam czasu na stres. Spojrzałam w dół, na swoje niepoprawione buty, miałam je jeszcze ścisnąć bardziej… chcę się schylić… bach! Ruszyliśmy! O matko… to się dzieje.
Baloniki na 3:00 pocisnęły daleko przede mną, spojrzałam na zegarek po pierwszym kilometrze, 4:12, kurka dziwne. Chciałam biec przed grupą na 3h, a tu biegnę po 4:12, a jestem za. Nie daję się panice. Ludzie wokół też mają mieszane uczucia co do narzuconego tempa. Postanawiam robić swoje według założeń. Bartek biegnie obok. Nie rozmawiamy. Mija drugi kilometr, 4:12 – jeszcze jest fajnie sobie myślę. Baloniki w zasięgu wzroku, trochę przede mną, ale nie panikuję, skupiam się na sobie i swoim tempie. Oddycham bardzo spokojnie, krok mam lekki, jakbym robiła delikatną rozgrzewkę, wow sobie myślę, nie wiedziałam, że będę tak spokojnie oddychać przy takim tempie, to dobra wróżba, ale przede mną jeszcze 40 km. Nie jaraj się, tylko skup, studzę samą siebie. Pierwsze 5 km pokonuję według międzyczasów w 21:22, to daje prognozowany czas na mecie 3:00:02. Według zegarka biegłam szybciej (zawsze w tłumie na początku zegarek trochę się gubi, trochę dystans wychodzi dłuższy), z jednej strony byłam pewna, że mam zapas i cieszyłam, a z drugiej zastanawiałam, czy nie zwolnić i nie pilnować bardziej tego co pokazuje zegarek, bo do końca jeszcze daleko.
Postanowiłam się trzymać grupy i zobaczyć co pokaże zegar na 10-tym kilometrze. Powoli zaczęłam zbliżać się do baloników, jednak o wyprzedzeniu nie było mowy. Mając do wyboru grupowe szarpanie tempa i samotną walkę z wiatrem, wybrałam pierwszą opcję. Bieganie w takiej dużej grupie mnie denerwuje, lubię biegać równo swoim tempem, a tu było o to ciężko. Z góry przepraszam wszystkich na których nakrzyczałam, często bardzo niesłusznie, po prostu jestem nerwowa, gdy w biegnę z konkretnym celem. U mnie musi być jak w zegarku, jak planuję maraton od pół roku, to biegnę go jak po sznurku choćby nie wiem co. Trzymałam się z boku razem z Bartkiem i biegliśmy na tyle równo, na ile warunki pozwalały. Międzyczasy pokazują, że dobrze to biegliśmy. 10 kilometrów minęło niepostrzeżenie w 42:25 netto (prognozowane 2:59:20). Czułam się jak na drugim kilometrze, lekko, spokojnie, ale skupiona do granic możliwości skupienia. Było dobrze, ale to dopiero dycha.
Po dziesięciu kilometrach zaczynam myśleć o nawadnianiu i jedzeniu. Zaczynam korzystać z punktów (przepraszam, raz okropnie się zagapiłam i ścięłam drogę innym, moja wina, na innych krzyczałam, a sama tak samo zrobiłam). Łyk wody i trochę na głowę, nie piję dużo, tyle by zwilżyć usta. Relaksuję się i zaczynam łapać rytm, 10-15 km po prostu płynę. Nie wiem już gdzie są baloniki, za mną, czy przede mną. Nie wiem, czy oni to zrobią, ale ja to zrobię. Pilnuję by średnie tempo wynosiło około 4:14 min/km, według garmina miałam jakieś 200 m nadprogramowe, gdybym trzymała planowane 4:16 do czego mnie przekonywał mój Bartek, nie złamałabym 3 h. Takie 2-3 sekundy zapasu nauczyłam się już trzymać na przykładzie mojego maratonu na 3:30 i na 3:10. Zegarek to moja pomoc, ale jak chcę być pewna wyniku na zegarze, trzymam trochę zapasu na błędy i opieram się na tym co pokazuje zegar na trasie (na Maratonie Warszawskim był taki na 10 km, 21 i 32 z tego co pamiętam). Po piętnastu kilometrach czułam, że jest świetnie, było szybko i miło. Według garmina zrobiłam te kilometry średnio po 4:10, według oficjalnego zegara sporo nadrobiłam i miałam prognozowany czas 2:58:38.
Znacznik 15 za mną. Czas na żel. Zielone jabłko SiSa jadłam sobie spokojnie przez kilometr. Uwielbiam te żele, uważam, że są bezkonkurencyjne, nie trzeba zapijać, nie zaklejają i jedyne po których nie męczy mnie zgaga. Było coraz cieplej, trochę byłam już zmęczona, czułam, że biegnę szybciej niż plan zakładał, ale oficjalne dane wyraźnie pokazywały, że zapasu za dużo nie ma, więc muszę trzymać tempo za wszelką cenę. „Połówkę trzymam z grupą, dalej patrzę na zegar i sama walczę, pier… nie chcę się spalić” tak mówię do mojego towarzysza i robię kolejną szybką piątkę. Na połówce mam 1:29:23 brutto, a to oznacza na pewno ponad minutę zapasu netto. Połowa za mną. Robię mały rekonesans. Czuję się dobrze, milion razy lepiej niż na startach w Półmaratonie, to znaczy, że jeszcze kilka kilometrów tym tempem na pewno pociągnę. Kawał roboty sobie myślę, nawet jak nie do końca, to kawał roboty mam już za sobą. Wydolność – ok, energia – ok (zaczynam pić izotoniki na punktach i więcej wody), mięśnie – ok, bez szału, ale i bez bólu, psychika – skupienie i strach, euforia gdy mijam kibiców.
Mam za sobą połowę dystansu i dalej biegnę na złamanie 3 h bez problemów i kryzysów. Kryzys przed tym etapem byłby złą wróżbą, ale jego brak nie potwierdza jeszcze sukcesu. Trzymam tempo i nie szaleję, czuję się dobrze, ale mam przed sobą jeszcze kawał drogi, zacznę szaleć jak już złamię te 3 h, dziś muszę spokojnie to dobiec – tak sobie myślę i biegnę dalej.
Przed sobą mam najtrudniejszy etap biegu. Od 22 do 29 kilometra trasa prowadziła wzdłuż Wisły, Wybrzeżem Szczecińskim, dalej Gdyńskim, aż do nawrotu przy Kępie Potockiej. Kibice ogromnie mnie motywują na całej trasie, ale od tego momentu przechodzą samych siebie, ci co mnie znają i widzą, chyba sami nie wierzą, że ja serio biegnę na te trzy godziny i w sumie to całkiem w zasięgu mojej ręki jest już ten wynik. Szaleją, krzyczą, ganiają mnie z jakimiś megafonami, po prostu niosą mnie do mety swoją energią. Ogromne dzięki, ten maraton to nie tylko moja robota, ale i wasza! Etap 22-29 nie jest jednak łatwy, wieje w twarz, a ja jestem drobna, a przed sobą nie mam nikogo za kim mogę się schować. Co próbuję się ukryć, to zawodnik zaczyna drastycznie zwalniać albo przyspieszać. No nie, to to nie robota dla mnie, kombinuję, biegnę, walczę sama, wieje w twarz, niby nie mocno, ale już dobre 2 km, zaczynam się męczyć i odwracam się, a na swoich plecach widzę kilku facetów! Wybucham i bardzo brzydko każę wyjść któremuś na prowadzenie. Kolega, który wziął zmianę uratował mnie na dwóch najgorszych kilometrach. Dziękuję. Tak dobiegliśmy do 25 km, czas świetny, tempo trzymam co do sekundy, ale zmęczenie już większe. Pocieszam się jednak, że w końcu będzie nawrót i wiatr uderzy w plecy.
W okolicach 26 km widzę biegnącego z naprzeciw Bartka, podnoszę rękę, żeby się nie martwił, robi to samo. Kolega co osłaniał mnie od wiatru próbuje mnie zmotywować, ale czuję w sobie coraz mniej siły i to tak poważnie. Wtem wyrasta wiadukt, wbiegam na niego spokojnie, doganiam zająca, zaliczam 27 km, wyciągam żel SiS double espresso z dużą dawką kofeiny, zjadam go do 28 km i zaczynam walczyć z myślami. Oby do 30 km. 29 km, nawrót, 30 km przekraczam z prognozowanym czasem 2:59:20. Jest dobrze.
Mam za sobą 30 km, przede mną już najłatwiejsze zadanie, muszę utrzymać 4:14. Nie muszę przyspieszać, mam zapas, mam wynik w zasięgu ręki, muszę tylko utrzymać tempo. To łatwe. Prawa, lewa, ręka, noga, jest naprawdę dobrze. Nogi bolą trochę, ale poza tym wszystko ok. Zauważam, że od jakiegoś czasu jedzie obok na rowerze Sean, nasz zawodnik z Adgara. Jego obecność i słowa otuchy co kilka kilometrów ogromnie mi pomagają. Muszę tylko utrzymać tempo. Jestem skupiona, zostało tak niewiele. Muszę tylko utrzymać tempo. Coraz bliżej mam do Sanguszki, największego podbiegu na całej trasie. Myśl o Sanguszki była obecna w mojej głowie gdzieś tam daleko cały czas, niby ją tłumiłam, ale zakładałam plan: oby do Sanguszki. 31,32,33 – 4:09, 4:15, 4:13, według garmina. Przede mną już tylko zakręt w prawo i ta cholerna Sanguszki. Po prawej Sean na rowerze, po lewej wybiega rozwrzeszczany Krasus z megafonem i Bo, (tyle zdążyłam się rozejrzeć), jak fajnie w takich chwilach mieć ludzi, którzy cie lubią. Wbiegłam Sanguszki męcząc się, ale kontrolowanie, na Biegu Powstania Warszawskiego ten podbieg mnie zniszczył, a na maratonie zdziwiłam się, że jest taki krótki, tempo tego kilometra 4:19. Ja pierniczę, 35 km za mną, to się kurdę dzieje!
Od 35 go kilometra jest ciężko. Nie mięśnie, nie oddech, a głowa, powoli ma dość. Tyle czasu w strachu i skupieniu, ile można? Chcę już się wyluzować. Biegnę byle szybciej do mety, mijam sporo osób po drodze. Wierna swojej strategii, na tym etapie biegu już nie ma miejsca na rozsądek, cisnę jak mogę, zwalniam, gdy nie mogę, ale w ostatecznym rozrachunku muszę dowieźć plan. Biegnę, 4:12, 4:11, 4:16, 4:16. Wszyscy wokół walczą jak mogą, krzyczą, machają rękami, cel jest tak blisko! 40 kilometrów za mną, mój zegarek pokazał czas 2:50, ale bez sekund! 2:50 ile? Mam 10 minut, czy 9 minut i jedną sekundę na zrobienie 2,2 km? Jesssu to takie ważne w tym momencie, a ja nie wiem! Nogi mnie bolą, miło by było tak do 4:30 sobie zwolnić, a ja nie wiem, czy mogę?
Zakładam, że nie mogę. Te dwa kilometry się poświęcam i zakładam, że nie mogę. Biegnę po 4:07, kilometr do mety! Psia kość! Ja to zrobię i tyłem! To się naprawdę dzieje! Dopiero kilometr przed metą zaczęło do mnie docierać, że ja dobiegnę ten maraton poniżej 3 godzin! Słyszę swoje imię, macham do kibiców, zaczynają napływać do moich oczu łzy, wbiegam na płytę i widzę na zegarze 2:59 O rety!!?? A może ja tego nie zrobię! Opuszczam ręce i cisnę, żeby jednak to zrobić. Yes! Wbiegam na metę widząc na zegarze 2:59:19! Nie mogę w to uwierzyć, to po prostu się wydarzyło. Po prostu sobie dobiegłam maraton poniżej 3 h.
Za metą Bartek łapie mnie, przytulamy się, ale jest zestresowany moim wyglądem, woła po wózek (sam to turla się za metą jak chce, a ja jak tylko oprę ręce na kolanach, sadza mnie na wózek albo na nosze. O nie, nie, nie! Nie tym razem 🙂 Łapią mnie skurcze w łydkach i chce mi się pić. To wszystko, a poza tym jestem w szoku, sama nie wiem jak to się stało!
Na trasie nie za wiele się u mnie działo, stąd darowałam dzielenie relacji. Jest długa, ale chyba bez większych emocji. Większe emocje i ból towarzyszyły mi na treningach przygotowujących do maratonu. Moje starty na 10 km i połówki są dla mnie większym wyzwaniem i problemem niż maraton. Maraton to mój dystans. Dystans, na którym dobrze się czuję i skupiam się maksymalnie zanim ostatecznie przetestuję swoje możliwości. Maraton jest dla mnie nagrodą za miesiące poświęceń, a ja urodzoną maratonką. Chyba po raz kolejny to sobie udowodniłam, ale znając życie za pół roku będę wystraszona dystansem równie mocno co zawsze.
Na dziś to wszystko, o roli innych ludzi w moim biegu jeszcze napiszę oddzielnie, ale już teraz chciałabym na szybko podziękować za wiarę i niewiarę (bo obie równie mocno mnie napędzają), za słowa uznania i gratulacje, za doping na trasie i obecność w moim biegu.
Dziękuję!








