
Zrobiłam najgorszy zabieg z możliwych. Podzieliłam relację na części. Wybaczcie ten stary blogerski numer, ale nie tylko chciałam przykuć Waszą uwagę na dłużej, ale też dać sobie jeszcze trochę czasu zanim wrócę do wspomnień z roweru…
Z wody wyszłam w bardzo dobrym stanie. Naprawdę czułam się świeżo. Może nie wyglądałam, ale samopoczucie miałam dobre. Jedyna wtopa, to zapomniałam zdjąć skina do końca i wybiegłam ze strefy, ale jak widać po czasie zmiany, ten powrót nie kosztował mnie jakoś dużo. Co innego swoim skin, krem ochronny do tej pory nie zszedł.
Na rower wsiadłam normalnie. Żadnych skoków. Wyjazd był ciasny, pod górkę, więc nie ma co szaleć z dodatkowymi zabiegami.
Pierwsza część trasy to połowa Palani Drive mocno pod górę, mała runda po mieście i druga część Palani znowu mocno pod górę, by dalej jechać już autostradą prosto przed siebie aż do długiego podjazdu na Hawi. Gdzie robimy nawrotkę i mamy długi powrót do Kony.

Trochę zszokowana po pływaniu, ale jak już napisałam dość świeża, zaczęłam rower. Pływanie mieliśmy ogólnie bez słońca, po deszczu, gdy zaczynałam rower wychodziło już słońce.
Pierwsze kilometry szły spokojnie, nie ma tam specjalnie jak się rozpędzić, w kilku miejscach teoretycznie nie można ani się rozpędzać ani wyprzedzać, bo grożą kary, ale szczerze? Ja przez te 180 km widziałam skuter sędziowski tylko raz. Nie miałam spiny na rozpędzanie się tam, ale nie czułam też specjalnie mocy pod nogą. Tak jak czasem się wsiądzie na rower i od początku jest takie super kopnięcie, że człowiek musi się hamować, tak tego tu nie miałam ani przez chwilę. Od początku waty były dość niskie, tętno też, a samopoczucie takie raczej z tych średnich. Generalnie jak już wspominałam, rower w tym sezonie nie był moją mocną stroną. Ciężko powiedzieć z jakiej przyczyny, ale ani długie ani krótkie zawody nie szły po mojej myśli. Dodatkowo pod koniec przygotowań zaczęłam mieć problemy z biodrami od nagromadzonych obciążeń i musieliśmy trochę zluzować w ważnym momencie przygotowań, więc niestety byłam świadoma, że nie jestem w super dyspozycji na Hawajach, ale miałam nadzieję, że może jest ona chociaż podobna do tej sprzed roku…
I tak sobie wyjechałam w końcu na autostradę i może bez kopnięcia, ale jakoś to szło. Wiedziałam, że nawet 140W to będzie już solidna jazda u mnie. Bardzo dużo wyprzedzałam, co też dawało mi jakieś złudne poczucie, że mocno jadę. Natomiast trzeba wziąć pod uwagę, że startując na samym końcu wyprzedzasz, bez urazy, ale same ogony z każdej kategorii i możesz czuć się jak bóg, ale prawda jest taka, że sama możesz być tym ogonem w swojej kategorii 😉
Pierwsze dwie godziny, powiedzmy do okolic Waikoloa, szły przyzwoicie, jak na to wszystko co napisałam wyżej. Wręcz miałam w głowie takie myśli, że może ja jeszcze się rozgrzeję i rozpędzę, bo wydawało mi się, że moje samopoczucie się poprawia. Starałam się jeść regularnie i pić, jednak przez pierwszą godzinę nie korzystałam w ogóle z punktów i tu mogłam popełnić pierwszy duży błąd.
Dobrze znałam okolice Waikoloa, bo tam mieszkaliśmy i od tego momentu zaczynała się trudniejsza część trasy, trochę mocniejsze podjazdy i zjazdy oraz dużo większy wiatr i częstsze boczne podmuchy.
To co warto powiedzieć o trasie zawodów, technicznie jest ona bardzo prosta. Dopóki nie zaczniesz jechać. Prosta droga i ciągły rolling na długich odcinkach sprawia, że ta trasa jest dobra dla osób bardzo odważnych i lubiących wysokie prędkości na rowerze. Dobrze, że przyjechałam tu wcześniej i trochę oswoiłam się z tym terenem, bo naprawdę pierwsze zjazdy były straszne. Jedziesz bardzo długo i prosto w dół, bez większego wysiłku rozpędzasz się do dużych prędkości. Podjazdów praktycznie nie czujesz, ale dokręcanie na zjazdach, gdy zawiewa znienacka z boku jest dość stresujące. Naprawdę bardzo specyficzna jazda. Z perspektywy czasu wiem, że żadne treningi na górkach czy w wietrze, nie oddały tego, jak tam się czułam.
Od Waikoloi zaczęło się robić ciężej. Czułam, że jest ciepło, nie wiem kiedy dokładnie, ale na pewno za późno zaczęłam się polewać wodą. Trochę się przeceniłam, bo nie sądziłam, że będzie mi aż tak ciepło w pewnym momencie, a to co miałam na rowerze szybko się wyczerpywało. W pewnym momencie już korzystałam z każdego punktu, jednak ciężko złapać na tyle dużo butelek czy bidonów by raz, żeby je wymienić na kierownicy, a dwa by się polać i jeszcze wyrzucić butelki w strefie zrzutu. Do tego już na początku zgubiłam część żeli, więc dochodziło do tego jeszcze łapanie żeli i nie miałam elektrolitów. Wstyd się przyznać, ale moja strategia żywieniowo – nawadniająco – chłodząca nie zdała egzaminu.
W końcu dotarłam do najbardziej demonizowanego punktu wyścigu podjazdu na Hawi. Generalnie tak się złożyło, że ja ani razu nie podjechałam do samego Hawi. Raz byłam blisko, za drugim razem złapałam gumę, więcej prób nie miałam… W każdym razie jak już poczułam, że zaczyna się TEN podjazd, nie wiem czemu moja głowa przekalkulowała, że to już tylko 4 km to 90 km i nawrotka, bo przecież 180 km jedziemy, nie? Szkoda tylko, że zapomniałam o tym zawijasku Ali Drive, który robiliśmy na początku 😉 i po naparzaniu 4 km w górę wypatrywałam nawrotki z ogromna nadzieją przez… kolejne 4 kilometry! Albo i więcej, bo w pewnym momencie porzuciłam nadzieje.
Dojechałam! Jest nawrotka, cyk pyk, ogólnie nie poszło źle. Ten podjazd nie jest stromy, ale długi. Dość mocno wiało z boku, ale na zjeździe już mniej i … powiedziałabym, że jak na mnie ten zjazd całkiem szedł, ale jak na tle innych kobiet spojrzeć, no to szedł fatalnie. Nie wiem, może ja już zbyt odpowiedzialną głowę mam na takie zabawy, ale serio, 50 km/h na rowerze to wydawało mi się, że wszystkim kobietom starczy, nie? 😉
Na początku odważniej zjeżdżałam, dopiero w połowie jakoś zaczęły puszczać mi nerwy, wiatr przestał pomagać, a na niebie pełna lampa.
Zjechałam z Hawi, pamiętam, że to już był moment, że mnie zaczęto wyprzedzać, a nie ja innych. Czuć było, że jedziemy pod wiatr, w ustach mi zasychało tak szybko, że nie nadążałam z dostarczaniem płynów. Może mogłam się zatrzymać i solidnie wszystko uzupełnić na którymś punkcie, ale w tamtym momencie człowiek nie myśli tak jasno.
Kumulacją wszystkiego były ostatnie 40 km do mety… Panie słodki jak tam wiało w ryj. Ja już nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Jechałam tak wolno i tak mnie wszystko bolało i tego picia ciągle brakowało, że ja serio myślałam, że nie dojadę. To była taka męka mentalna, jakiej nigdy nie przeżyłam. W pewnym momencie jedyne o co prosiłam niebiosa to złapać gumę… serio pomyślałam, że to będzie najlepsze wyjście z tej sytuacji. Nie byłam w stanie ani fizycznie ani mentalnie się tam pozbierać. W głowie miałam wizje, że staję na poboczu i siuuu do lawy ten rower rzucam , a dalej sobie biegnę do strefy zmian. Myślałam o tym gościu co złapał gumę na jakichś zawodach i 32 km przebiegł z rowerem, a później jeszcze maraton bez. I ja myślałam sobie, że w sumie może tak byłoby mi lepiej? Naprawdę nie życzę wrogowi tych chwil.
Byłam wykończona tym odcinkiem. Nie byłam w stanie jechać mocno. Byłam jakby na granicy skurczy w nogach, do tego strój mnie mocno obcierał i generalnie milion rzeczy i myśli w głowie sprawiały, że jechałam bardzo wolno, na niskich watach i kompletnie nie mogłam z tego się przebudzić.
Ostatnie 10 km trochę lepiej zaczęło wchodzić, ale to głownie za sprawą, że wiatr był lżejszy i trasa spadkowa.
Dojechałam do strefy zmian po 5 godzinach i 55 minutach. To daje 30 km/h, 122W średnie , NP 134W. Dla porównania Arizona 144W/154NP i mój debiut w Teksasie to 132W/140W. Ja generalnie na rowerze nie jestem najmocniejsza, ale na Hawajach pojechałam wyjątkowo źle. Prawie 6 h to jest bardzo dużo, chyba już nawet nie chcę tego dłużej roztrząsać. Lecimy dalej.
W strefie zeszłam z roweru bez problemów. Nogi wydawały się w dobrej formie. Skorzystałam z toalety i przebrałam się w strój biegowy. Generalnie ja w tamtym momencie nie walczyłam o żaden wynik i miejsce, więc najważniejsze było poprawić przed maratonem jak najlepiej swój komfort.

Wybiegłam na trasę po 6 minutach. Miałam wrażenie, że mięśniowo czuję się nieźle, ale byłam bardzo osłabiona i zgrzana. Czułam, że twarz mi paruje jak na pierwszych treningach po przerwie, uszy zatyka od ciśnienia, a każdy kolejny kilometr jest bardzo trudny do pokonania.
Bardzo dużo się polewałam, jadłam, piłam. Na każdym punkcie woda i elektrolity, do tego żeli łącznie 6-8 zjadłam. Nie poprawiało to mojego samopoczucia, ale też drastycznie się nie pogarszało, ale byłam mocno przestraszona, że ja tego mogę nie dobiec. Po prostu jak już czuję, że łeb mi paruje, to gdzie tu jeszcze 40 km przebiec.
Trasa biegowa jest również pagórkowata i tu jak ktoś biega, to może sobie wyobrazić, że ma do zrobienia maraton po pływaniu i rowerze, z przewyższeniem jak w Bostonie, w pełnej lampie i wilgotności 80%. Było ciężko. Myślę, że każdemu. Po prostu jedni tego dnia poradzili sobie lepiej, inni gorzej. Ja zrobiłam to w miarę, jak na to, że po prostu od początku byłam już przegrzana. Natomiast brakowało mi tego uczucia, że chociaż przez chwilę, chociaż na początku mam więcej sił. Biegłam w okolicach 5:0 pierwsze 10 km, czyli Ali Drive, podbieg Palani i początek autostrady. Tempo później trochę spadło, ale to też w dużej mierze zależało czy pod górę, czy z biegłam. Na pewno na moją korzyść zadziałał fakt, że będąc w przedostatniej fali pływackiej i jadąc rower tak długo, ja drugą połowę biegu miałam już przy niskim słońcu. Upał nie doskwierał tak bardzo jak ogólnie zmęczenie, odwodnienie, wiatr i podbiegi. Pamiętam, ze zbieg z autostrady w kierunku Energy Lab to był mój najgorszy odcinek mentalnie. Tam już dużo szłam przy punktach odżywczych (a były one średnio co 2 km), zaczęły boleć mnie plecy… Nie pytajcie. Plecy to ostatnia rzecz, która mi dokucza na bieganiu, a tu mnie tak w lędźwiach zaczęło łupać, że sama z siebie już się śmiałam. W końcu pokonałam ten odcinek i wróciłam na autostradę i tu zostało jakieś 12 km do mety. Słońce było już naprawdę nisko, a ja zebrałam w sobie resztki sił i ciągiem ten odcinek pokonałam. Łydki miałam na granicy skurczów przez ostatnie 10 km do tego stopnia, że wiedziałam, że jak się zatrzymam to nie ruszę, więc punkty już mijałam w biegu. Wyprzedzałam ludzi jak szalona, bardzo dużo osób szło, czułam się jak rakieta rozpędzona do niebotycznych 5:20 min/km.

Jakieś 5 km do mety zrobiło się ciemno. Coś czego chciałam za wszelką cenę uniknąć. Nic przez te kilometry nie widzisz. Biegniesz jednym pasem nieoświetlonej autostrady, drugim jadą samochody i przy punktach odżywczych masz lekkie oświetlenie. Tyle. Podziwiam ludzi, którzy cały maraton tak pokonują.
Powrót do Kony i słynny zbieg Palani. To był mój najlepszy odcinek. Zasuwałam na nim jak szalona. Wyprzedziłam z 5 osób po drodze. Jechałam po bandzie, ani kolana, ani kostki, nic mnie nie obchodziło. Leciałam pełnym piecem. Po zbiegu trochę się zdziwiłam, jak nogi się ugięły, a tam jeszcze prawie mila do przebiegnięcia została. Ta słynna mila, którą liderka wyścigu (Solveig Lovseth) pokonywała 25 minut i spadła z 1 miejsca na 8.
Drętwo było, ale to już tak blisko mety, leciałam ile mogłam, chciałam tę metę już tak bardzo mieć. Ciemno, mało ludzi, mało kibiców, tak naprawdę dopiero po wbiegnięciu na dywan robi się pompa. Światła, okrzyki, meta i ja na niej! Pobiegłam ten maraton w 3:44:13.

Ostatecznie uzyskałam czas 11:11:19 i 31 miejsce w kategorii. Szczerze to trochę lepiej wyobrażałam sobie swój występ. Wyścig poukładał się tak, a nie inaczej. Myślę, że na tamten moment absolutnie niewiele bym mogła zmienić na lepsze, może to odżywianie i chłodzenie na rowerze, ale szczerze? Myślę, że ja taką dyspozycje po prostu miałam. Nie do końca byłam przygotowana na mocny wyścig w takim miejscu, takich warunkach i tak długi. Czy mogłam przygotować się lepiej? Na ten moment myślę, że tez niekoniecznie. Wyciskałam z czasu, którym dysponowałam na treningi ile mogłam, ale patrząc na inne dziewczyny w kategorii, no… tego czasu i doświadczenia potrzeba więcej. Cieszę się, że to zrobiłam, ale przyznaję było to spore wyzwanie i czułam się przeczołgana na mecie. Niewiele podziwiałam na trasie, te 11 godzin myślałam głównie o tym by wytrwać do końca i na więcej w głowie przestrzeni nie miałam, więc dobrze, że mogłam cieszyć się wyspą przed i po zawodach, bo naprawdę warto 🙂
Akceptuję absolutnie swój występ i swój czas i miejsce, co nie zmienia faktu, że oczywiście, że chciałabym i mocniej i jeszcze raz zmierzyć się z wyspą.

Dziękuję Wam za przeczytanie tej historii. Mam nadzieję, że miło spędziliście czas i sami może zaryzykujecie i porwiecie się na jakiś szalony cel lub marzenie, które odkładaliście długo 😉