podróżetrening

IRONMAN ARIZONA – relacja z zawodów

Decyzja o kolejnym Ironmanie jeszcze w 2025 zapadła dość szybko, bo już w drodze powrotnej z Teksasu. Czułam klasyczny niedosyt i nie było wyjścia, trzeba było zrobić to jeszcze raz. Czy po Arizonie mam dość? Kto mnie dobrze zna, pewnie już się domyśla zakończenia tego wpisu, ale mimo wszystko zapraszam do przeczytania tej soczystej relacji z zawodów. 

Znowu Ironman i znowu Stany. Dlaczego, pisałam już wielokrotnie na social mediach, był to kierunek, który nie tylko terminem i warunkami od razu mi podpasował, ale też turystycznie i postanowiliśmy połączyć ten start z rodzinną wyprawą.

Miejsce startu, to miasto Tempe, pod Phoenix oczywiście w Arizonie. Bardzo dobre połączenia lotnicze, właściwie logistyka podobna do podróży do Teksasu. Na pewno warunki klimatyczne w tym okresie trochę bardziej komfortowe, niż Teksas w kwietniu, ale mimo wszystko jest to gorący, pustynny klimat. Zupełnie inna wilgotność, ale temperatura dość wysoka nawet zimą. Jeszcze dwa dni do startu zaliczyliśmy dni z temperaturą powyżej 30 stopni. Na samym starcie mogliśmy cieszyć się chmurkami i jakieś 10 stopni niższą temperaturą powietrza, więc warunki moim zdaniem były dobre. Na to co możemy czasem dostać na triathlonach, powiedziałabym wręcz bardzo dobre.

Lecieliśmy pierwszy raz tak daleko, na zawody, całą rodziną. Ninki pierwsza wizyta w USA, długa podróż samolotem, jet lag, trochę się obawiałam jak to wyjdzie, ale wszystko ułożyło się lepiej niż mogłam przypuszczać. Nina bardzo dobrze zniosła podróż, zmianę strefy czasowej przechodzi podobnie do mnie, a na miejscu była dzielna i głodna wrażeń, ciekawa wszystkiego. Naprawdę to była świetna decyzja, że polecieliśmy razem. 

Wylądowaliśmy w Phoenix w środę wieczorem, start miałam w niedzielę. Do tego czasu mogłam spokojnie odpocząć, wykonać kilka jednostek treningowych, odebrać pakiet. To były dni gdzie naprawdę miałam niewiele na głowie, mocno mnie Bartek odciążał i mogłam się skupić na tym by w niedzielę być gotowa. 

Oczywiście stres przedstartowy wjechał, może nie paraliżujący, ale w ostatnim tygodniu trochę się działo, nie wszystko układało się idealnie. Musiałam skrócić kilka treningów biegowych, jazda rowerem po trasie zawodów, to było ciężkie przeżycie, do tego zapowiadało się na niespodziankę z moim cyklem menstruacyjnym. Trochę taka klasyka, że rzeczy małe lub w naturalnych warunkach niewiele zmieniające, przed zawodami urastają do rangi wielkich problemów. To był tydzień, w którym najwięcej wprowadziłam zmian treningowych. Nie wyszłam więcej na rower po tej trasie, skróciłam dwa biegi, a pływałam na basenie w jardach 🙂 

Mimo wszystko na samym starcie czułam się zdrowa i gotowa. 

START ZAWODÓW

Wyszłam z wprawy, patrząc na ten krótki wstęp, ale bierzmy się do rzeczy. Liczę, że docenicie moją troskę o Wasz cenny czas 🙂

PŁYWANIE

Start zawodów – 6:40 PRO zawodnicy, 6:45 PRO zawodniczki, 6:50 rolling start z platformy dla wszystkim.

Wskoczyłam do wody w okolicach 6;55. Temperatura wody okolice 17,5 stopni.  Zimna i rześka, ale do wytrzymania. Założyłam pod czepek dodatkową opaskę neoprenową, nie marzłam ani w stopy ani w ręce. CIemna woda, duży zbiornik, komfortowe pływanie, trasa szeroka, prosta nawigacja – w tę i z powrotem po prostokącie. Najlepiej. Słońce jeszcze bardzo nisko. Żadnych trudnych interakcji z innymi uczestnikami. Lekka fala, problem ze złapaniem nóg czyichś. W głowie? Walka mentalna. Fizycznie płynęłam cały czas w takiej komfortowej strefie wysiłkowej, ale w głowie na etapie pływackim dużo się dzieje przynajmniej u mnie. Płynę niewiele wiedząc o swoim tempie, pozycji, nie czuję tez pływania tak jak np. biegania, więc nie wiem kiedy zwalniam, jak taktycznie, który moment najlepiej rozegrać. Dlatego płynąc tak długi dystans nachodzi mnie w trakcie wiele wątpliwości i myśli typu: po co mi to było, przecież jestem beznadzieja w tym. Oczywiście zagłuszam szybko takie myśli i kieruję swoją uwagę na przesuwanie do przodu, ciągła pracę ramion. Jak robot, kilka pociągnięć, oddech, nawigacja, liczę do czterech, staram się nie gubić koncentracji, nie rozglądać, po prostu płynąć przed siebie. 

Myślę, że wyszło nieźle. Cały dystans bez większych wpadek, bez zatrzymywania na poprawę okularków, czy korektę kursu. Naprawdę to było dobre taktycznie pływanie. Wyszłam w dobrej formie, nie czułam zmęczenia. Nogi i oddech zdecydowanie lepiej niż na krótszych dystansach, gdzie wychodzę z wody jak oszołomiona. Czas do maty to 1:15:49, czyli pływanie przyzwoite. Na zegarku wyszło 3895m.

Wynik – duża różnica w porównaniu z Teksasem (1:27:10), ale tam było bez pianek, a u mnie to też mocno przekłada się na wynik. Myślę, że tu nie tylko treningowo jest jeszcze dużo do zyskania, ale tez taktycznie i wraz z zyskiwaniem doświadczenia będę w stanie pozwolić sobie na wyższą intensywność podczas tego etapu. Na ten moment na tym dystansie mam w sobie duży respekt i trochę obawę przed tym żeby nie przesadzić, bo na tak długich zawodach za mocny początek może po prostu oznaczać nie ukończenia. Na krótszych bywam jak jeździec bez głowy, tu przyznaję się do swojej małości wobec tego dystansu. 

Z rzeczy mniej przyjemnych, niestety już pod koniec pływania czułam, że coś się dzieje z moim pęcherzem i nie jest to zwykła potrzeba skorzystania z toalety. 

Zdjęcie pianki i przygotowanie się na rower, mimo, że byłam bardziej skupiona i walcząca niż w Teksasie, trochę trwało, bo ponad 5 minut. Opaska neoprenowa miała rzep, który wkręcił mi się we włosy i trochę trwało zanim to ogarnęłam. Do tego świadomie postanowiłam założyć na dwa palce u stóp nakładki silikonowe by zabezpieczyć paznokcie oraz skarpetki, na koniec jeszcze zgubiłam szybkę od kasku… ostatecznie po tych 5 minutach z hakiem zaczęłam jechać na rowerze.

Pływanie 1:15:49 11 miejsce kategorii K35-39 |104 Kobieta | ogólnie 496/1691 (ukończonych)

ROWER

Wyjazd na trasę dość prosty, ale jakość nawierzchni… nie wiem czy jest sens w ogóle się rozpisywać,  bo ciężko sobie wyobrazić jak dziurawe i popękane były niektóre fragmenty. Naprawdę nie da się tego porównać do żadnej drogi na jakiej jeździłam. Właściwie na pierwszej dziurze zgubiłam bidon z izotonikiem. Posiadanie ze sobą jak najwięcej jedzenia i picia, po które nie będę musiała zwalniać czy tracić czasu na sięganie, to był jeden z moich ważniejszych punktów. Ja dużo czasu tracę na takie manewry, więc miałam na kierownicy jeden bidon ze słomką, jeden do uzupełniania i jeden pod ramą, właściwie miałam zabezpieczoną połowę trasy. Tracąc bidon musiałam mieć to na uwadze, że będę musiała ogarniać punkty szybciej. Trudno, stało się, szybka zmiana okoliczności i jedziemy dalej. 

Pierwsze kilometry jazdy – POEZJA. Ja chyba nigdy nie czułam takiego flow. Jazda z wiatrem, waty wysokie 150-160 , prędkość ponad 37 km/h, czułam się świetnie, nie chciałam zwalniać, czułam, że mogę jeszcze mocniej, ale jakiś cichy głos mi podpowiadał, że jednak tych kilometrów mam 180 km do przejechania, więc żebym się ogarnęła i trzymała bliżej planowanych 150 W. 

Trasa rowerowa, tak dla formalności, to były 3 pętle. Wyjazd z miasta na autostradę, jakieś 15 km wniosku z mocniejszą końcówką i długi zjazd, wjazd do miasta i tak 3 razy. Pierwsza pętla minęła rewelacyjnie. DObre waty, dobre prędkości, dobre samopoczucie. Średnia ponad 35 km/h , waty 150 plus. Warunki pode mnie – odcinek pod górę z wiatrem, a z góry pod wiatr, dzięki czemu nie musiałam używać hamulców. Jednak z każdą kolejną minuta wiatr wzmagał i robił się coraz mniej korzystny, a odcinek płaski już po zjeździe bliżej strefy był dość przygnębiający za drugim i trzecim razem. 

Jadłam średnio co 25 minut, piłam ci kilka minut, czułam się bardzo dobrze pierwsze 60 km. Niestety mój pęcherz zaczął o sobie przypominać. Pierwszą część drugiej pętli walczyłam z myślami jak rozwiązać ten problem, z pogarszającym samopoczuciem, dreszczami, spadkiem koncentracji… czułam, że to może być jakaś infekcja i co bym nie robiła, po prostu musiałam w połowie się zatrzymać. innej opcji nie widziałam by lepiej się poczuć i kontynuować na mocnych obrotach wyścig. Stojąc przy kibelkach, specjalnie nie stopowałam licznika, żeby wiedzieć, jak wygląda sytuacja ogólnie z ta przerwą… no ale licznik mam ustawiony na autopauzę, więc sam zatrzymała ię na 2 minuty 18 sekund. Straszna strata, duży spadek w watach i średniej prędkości, ale wiem, że nie miałam wyjścia, nie będę rozpisywać się szczegółowo, musicie uwierzyć, że to było jedyne rozwiązanie 🙂

Poczułam się lepiej, dużo lepiej i miałam nadzieję, że temat został załatwiony. Średnie wartości do zatrzymania z pierwszej części pętli to: 30 km, jakieś 150W, prędkość 34,6 km/h. Po zatrzymaniu trochę wszystko się rozjechało, zaczęłam korzystać już punktów, mimo wszystko jakoś te 145-150 W starałam się trzymać. Na trasie robiło się coraz ciaśniej, ale też bez dużych problemów. Największy problem spotkał mnie pod koniec drugiej pętli gdy wyjechał przede mnie samochód organizatora i jechał 30 km/h dobre 2 kilometry. Nie miałam jak minąć, bo to była część trasy z robotami drogowymi, zwężeniem i ruchem otwartym po drugiej stronie. Ogólnie w Stanach na zawodach dla amatorów, oni mają w wielu tematach mega luza, u nas to pewnie jakaś drama by z tego była. W końcu udało się wyminąć pojazd i dalej robić swoje. Trzecią pętlę ruszyłam znowu czując napieranie na pęcherz… Z jednej strony załamka, z drugiej, nooo taki już ten długi dystans jest, zawsze coś się dzieje. Postanowiłam jednak zatrzymać się dopiero w strefie zmian. Zorientowałam się, że zgubiłam swoje ostatnie 3 żele, w tym 2 z kofeiną, które miały mi dać moc na końcówkę. Złapałam na punkcie najpierw jeden, potem drugi. Ostatni niestety wypadł mi w momencie otwierania i tak musiałam już poradzić sobie bez żela ostatnie 10 km.

Trzecia pętla niestety kolejne spadki w wartościach, ale mimo wszystko całkiem przyzwoicie. Dużo się działo, coraz większy ruch na trasie, korzystanie z punktów, coraz gorszy wiatr, pomyliłam się też z belką, oczywiście nogi i koncentracja pod koniec tez już nie najświeższe. Tak piszę o tych niuansach i sekundach, co w obliczu tak długiego wysiłku może okazać się nieistotne, jednak patrząc na mój wynik i miejsce, to jest nad czym pracować i trzeba lepiej pilnować niektórych bibelotów, ale też mieć na uwadze to, że nie na wszystko mamy wpływ i każdy z nas daje siebie ile może w danej chwili, też ma swoje bibeloty i przeszkody, a czysta gotowość fizyczna to nie wszystko.

Z roweru zeszłam w butach, nie zdążyłam ich zdjąć, bo pomyliłam miejsce belki, a właściwie dałam się zwieść zawodnikowi przede mną. Tak czy inaczej, kontakt z ziemią, okazał się mniej bolesny niż w Teksasie, do tego zobaczyłam Kasię, która przyjechała specjalnie na ten start i zatrudniła się jako wolontariusz dla mnie… mega wzruszenie i mega niespodzianka. Mieć swojego wolontariusza, to jest życie 🙂 

Zmiana krótka i szybka, ale ja znowu miałam postój w kibelku, co mnie kosztowało prawie 2 minuty. 

ROWER 5:19:08 3 miejsce w kategorii K35-39|  45 kobieta | 322/1691 ukończonych

Wynik ok, ale co Wam mogę napisać, wiadomo, że liczyłam na więcej i jestem pewna, że mogło być więcej, ale tego dnia miałam takie warunki, takie przeszkody do pokonania i uważam, że naprawdę zrobiłam co mogłam. Jestem dumna z progresu, a czego nie zrobiłam w Arizonie zrobię na kolejnym starcie 😉 

Wybiegając na trasę biegu od razu zobaczyłam Bartka i Ninę i dowiedziałam się, że dojechałam jako trzecia w swojej kategorii. To mnie trochę podbudowało, walka o podium super sprawa. 

Nie wiem jak Wam opisać, jak wygląda i co się czuje biegnąc maraton po pływaniu 3,8 km i rowerze 180 km. Może tak, nie jest źle, ale nie ma świeżości, a jest świadomość, że na tych nogach masz jeszcze przebiec 42,2 km. Trasa pagórkowata, suchy wiatr, długie odcinki na otwartej przestrzeni – jak dla mnie ciężkie warunki, ale nogi dawały radę. 3 pętle, pierwsza naprawdę solidna, wręcz na hamulcu by te 4;30-35 to był maks. Jedzenia żeli mocno pilnowałam, pić starałam się na każdym punkcie. Tu niestety duże problemy, krótkie punkty bardzo mało wody w kubkach, nie wyrabiałam się. W połowie pierwszej pętli dostałam komunikat, że biegnę najszybciej i gonię dziewczyny przede mną, że mam spokojnie robić swoje. Na początku drugiej pętli znowu ten sam komunikat i w połowie drugiej pętli znowu ten sam komunikat. Starałam się walczyć, utrzymywać pozytywne nastawienie, za każdym razem przybijałam Nince piątkę. 

Na koniec drugiej pętli jak usłyszałam, że dalej gonię i mam to trzymać, a ja już wiedziałam jak mi jest ciężko, jak umieram powoli, nie nadążam z jedzeniem i piciem, ile mnie kosztuje każdy podmuch i każdy podbieg, powiedziałam Bartkowi, że nie dam rady. Trochę tu głowa mi puściła. Trzecia pętla była na przeżycie, w połowie dowiedziałam się, że jestem druga i że raczej to utrzymam, a pierwszej nie dogonię, więc walczyłam już tylko ze sobą i z tym by do mety dotrzeć. Kilometr przed metą wybiega zziajany Bartek z Niną i krzyczy, jesteś na sekundy z pierwszą, zasuwaj! A ja Mu na to: Spadaj, nie mam siły… Powiedzmy, że tak to mniej więcej wyglądało i doszło do małej kłótni małżeńskiej. Coś tam się zebrałam na te 800m do mety, nawet wyprzedziłam tę dziewczynę (startowała z późniejszej fali) i wbiegając na metę myślałam, że złamałam 10h… 

Nie wiem czemu tak, ale zegarek nie wliczył mi stref zmian do ogólnego czasu, więc na mecie miałam 10:03:36, 35 sekund do pierwszego miejsca. 

BIEG 3:20:14 | 1 w kategorii 35-39 (42 ukończyły) | 16 kobieta | 94/ 1691 (wszyscy na mecie)

PODSUMOWANIE

Super zawody, świetny wynik, duża poprawa w każdej dyscyplinie. Idę do przodu i to bardzo cieszy. Oczywiście, że te 3 minuty do złamania 10 godzin i sekundy do pierwszego miejsca trochę bolą i dobrze wszyscy wiemy, że to oznacza dalszą gonitwę 🙂 Z ważnych rzeczy, mój wynik dał mi kwalifikacje na Mistrzostwa Świata Ironman na Hawajach w 2026. Zarzekałam się, że wezmę tylko z pierwszego miejsca, ale… dałam się ponieść chwili i tak o to, kolejny Ironman planuję w październiku na Hawajach. Pierwsza część roku, obiecuję krócej 🙂 Na samych zawodach obyło się bez większych problemów, tak uważam. Co prawda w trakcie zawodów 5 razy robiłam siku i traciłam przez to czas, ale w porównaniu z tym co było w Teksasie, to żadne problemy. Do tego na rowerze wszystko fajnie, sprawnie, sprzęt dał radę, trochę pogubiłam żeli i picia, ale to tez nie są rzeczy nie do przeskoczenia. Dzięki uprzejmości Kasi Jonio, miałam dysk na zawodach, za co bardzo dziękuję. Sergiuszowi Sobczykowi dziękuję za przygotowanie i wsparcie. Bartkowi, Nince i mojej całej rodzinie za to, że są, akceptują i wspierają na każdym kroku. To Bartek mnie popycha do przodu gdy mam wątpliwości i właściwie to On na te Hawaje namówił, więc niech teraz się martwi o finanse 🙂 

To był wspaniały czas przygotowań, gdy mogłam liczyć na tak wiele osób, przeżywać to wspólnie i liczyć na zrozumienie. Wspólne pływanie z Kasią i Agatą i naszą sąsiadką Zuzą, dawało mi ogromną energię i mam nadzieję, dalej będzie.

Uważam, że moje otoczenie to największe bogactwo jakie zdobyłam nie tylko w tym roku, ale przez lata. Ludzie zakręceni na punkcie sportu, triathlonu, biegania, ogólnie, prywatnie i zawodowo, każdego dnia, wnoszą ogrom energii i pozytywnych wartości do mojego życia. 

To jest dla mnie ogromna wartość i osiągnięcie, że tak mogę żyć i takimi osobami się otaczać. Dziękuję.

Sam wyjazd, miejsce i start, gdyby nie fakt, że była to ostatnia edycja, polecałabym całą sobą.

Spełnienie marzeń na każdym polu. 

Share: