Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/runthewo/domains/runtheworld.pl/public_html/wp-content/plugins/admin-builder/inc/abMeta.php on line 119

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/runthewo/domains/runtheworld.pl/public_html/wp-content/plugins/admin-builder/inc/abMeta.php on line 162
AVON kontra przemoc, bieg w Garwolinie na 10 km, czyli kolejne podejście do tych przeklętych 40 minut! - Run The World
Inne

AVON kontra przemoc, bieg w Garwolinie na 10 km, czyli kolejne podejście do tych przeklętych 40 minut!

Przez ostatni tydzień nie byłam najaktywniejszą blogerką. Start w Sulejówku pokiereszował moją psychikę. Noga dokuczała już przed wyścigiem, ale dawała się jakoś rozbiegać, więc na starcie stanęłam pewna swego jak nigdy. 40 było do nabiegania jak nic. Cytując klasyka: “Nie wiem, co musiałoby się stać żebym tego nie nabiegał(a)” A jednak się stało. Po kilku kilometrach stanęłam jak wryta z drętwą nogą. Od płaczu powstrzymał mnie jedynie widok tych wszystkich ludzi. Gdy tylko odzyskałam czucie, próbowałam jeszcze biec, ale noga sztywniała, palce drętwiały, nie było sensu piłować. Odpuściłam. Za duża jestem na walkę w imię honoru, czy coś w tym stylu. Wieczorem przepełniona złością i bezsilnością poszłam dokręcić 20 km. Byłam tak wściekła, że ból odszedł na drugi plan. W niedzielę wrócił rozsądek i już nie biegałam. W poniedziałek poszłam do fizjoterapeuty gotowa na najgorszą diagnozę. Niestety, życie po kontuzji nie jest łatwe, o ile ciało jakoś poskładałam, z głową idzie mi trochę gorzej. W poniedziałek byłam pewna, że mam złamanie główki kości strzałkowej. Oczami wyobraźni widziałam kolejne długie miesiące przerwy. W momencie, gdy byłam w gazie, gdy wszystko zaczęło się układać, we mnie znowu coś pękło! Nie byłam najszczęśliwsza. Rozćwiczona, wymasowana, otejpowana, wróciłam do domu. Próbowałam biegać, ale wyraźnie kulałam, więc kolejny dzień odpuściłam. W mojej głowie zebrało się milion myśli, nie wiedziałam co robić, ale postanowiłam zaufać Piotrowi i uznać, że problem leży w naprężaczu powięzi, dwugłowym i paśmie. Pasmo już przerabiałam i ból był zupełnie inny, stąd niechętnie rozciągałam i rolowałam struktury. Z tego wszystkiego cały tydzień praktycznie nie biegałam, robiłam jakieś marne kilometry, zła z bezsilności, ale cały czas czekając na cud. W sobotę przetruchtałam piąteczkę z grupą Adgar Fit i przyznam, że na końcu poczułam, że jest lepiej. Wybaczcie ten przydługi wstęp, ale jak dojdziecie do zakończenia, zobaczycie w tym głębszy sens 🙂

11642086_832965983465733_986545964_o

W takim mniej więcej nastroju stanęłam na starcie w Garwolinie. Byłam smutna i niepewna, bo przez ostatnie dwa tygodnie moje nogi straciły na szybkości, problem z drętwieniem mógł wrócić w każdej chwili, 40 minut się oddalało. Postanowiłam jednak spróbować. Siedząc w domu nie złamię tych 40 minut, przeklętych 40 minut! Nie przekonam się na ile mnie stać i nie przesunę granicy medytacją – muszę biegać. Do tego Bartek awansował na mojego zająca – takim jak On się nie odmawia 🙂 To miał być wielki sprawdzian dla nas obojga. Bartek musi trochę się przyłożyć by być dobrym trenerem kobiet, dziś posłużyłam jako królik doświadczalny. Ciekawi wyniku testu, niech cierpliwie czytają do końca.

11639785_832966063465725_826554442_o

Łydki Bartka to max, co miało mnie obchodzić na trasie. Jednak jednym okiem zerkałam co chwilę by się przekonać, czy czeka mnie kolejny podbieg, czy zbieg pod wiatr. Byłam w szoku jeżeli chodzi o trudność trasy. Garwolin! Never again! Sam bieg mogę streścić bardzo krótko, niezależnie od trasy, pogody i planowanego czasu moje dyszki wyglądają mniej więcej tak:

1-3 km Biegnie się żwawo i przyjemnie. Czas szybko leci, jaram się tempem i już oczami wyobraźni widzę tę niesamowitą życióweczkę.. Juuuuuhu jestem przekozacka!

4 km Czy już mogę zacząć umierać?

5 km Ewidentnie nadszedł czas na umieranie. Czemu to zawsze wygląda tak samo?

6 km Czas powiedzieć to głośno. Hej ludzie! Ja umieram!

7 – 8 km Umarłam, ale biegnę. Zaczynam myśleć ile można przebiec na bezdechu, sapiąc jak lokomotywa, albo na rękach? Mam swój świat i już nie obchodzi mnie czas. Pierdzielę te życiówki. Mnie to boli normalnie!

8-10 km Zaczynam przeliczać na setki. 20 jednostek, nawet jak się zrzygam i padnę to jakoś to będzie. To już blisko. Cisnęęęęęęęę! 100m… o matko nie cisnę…. 100m… cisnęęęęęęęę…. i tak w kółko. Na treningu te jednostki jakieś krótsze. 500 m do mety cisnęęęęęęęę Beton zalewa moje nogi, już nie oddycham, ale cisnęęęęęę…….. Dawajcie te metę i bez podwójnych dmuchańców. Ma być jedna wyraźna meta. Nie mam ochoty na zabawę. Jest! Koniec! 40:15 Łapię oddech przez łzy. 40 minut nie złamałam, ale naprawdę bardzo się cieszę.

IMG_1292

40 minut 15 sekund netto – tyle wynosi moja nowa życiówka na 10 km. Głos z jednej strony mówi – rewelacja! To 1,5 minuty lepiej od poprzedniej (z 2013!). Biorąc pod uwagę ostatnie dwa tygodnie naprawdę jest z czego się cieszyć. Do tego nic mnie nie bolało, a przed biegiem mogłabym wymienić cały arsenał. Drugi głos jednak delikatnie przypomina, że cackam się z tą czterdziestką od roku. Na treningach biegam spokojnie poniżej 41 minut dyszki z dłuższego dystansu, ale ciągle coś się nie składa i po prostu nie mogę pęknąć tych 40 minut na zawodach!!! Jak w końcu to zrobię idę w tango i rzucam bieganie na 10 km, tak sobie obiecałam 🙂 Widocznie moje przeznaczenie jest inne. Los tak chciał. Niedługo znowu będę biegła dyszkę!

FullSizeRender

Podsumowując bieg w Garwolinie, chciałabym podziękować mojemu zającowi. Był niezwykle cierpliwy i skupiony. Wiem, że nie lubi patrzeć jak się męczę, stąd wielkie brawa, że wytrzymał do końca. Z drugiej strony, po cichu liczyłam, że chociaż raz krzyknie na mnie bym się ogarnęła i pilnowała tempa, ale wszystko jest do nadrobienia. Mamy czas. Tego nauczyła mnie między innymi moja zeszłoroczna kontuzja. Nie warto spieszyć się za wszelką cenę. Z jednej strony to cenne doświadczenie, bo nauczyłam się cieszyć z tego co już mam. Z drugiej strony widzę, że nie potrafię włożyć w treningi tyle co kiedyś. Łatwiej odpuszczam i po ludzku poddaję się. To jest właśnie to widmo, o którym pisałam we wstępie i z którym cały czas jeszcze walczę. Nie potrafię zapomnieć i dać się ponieść. Patrzę na swoją nogę i panicznie boję się, że najmniejszy ból może oznaczać złamanie. Pytacie mnie często jak się tak szybko pozbierałam, no właśnie tak, czyli jeszcze nie do końca, ale w końcu na pewno ucieknę tym demonom.

Czy 40 było tego dnia do zrobienia? Było. Kluczowe kilkanaście sekund straciłam dławiąc się gazowaną wodą, a kolejne delikatnie odpuszczając na ostatnim podbiegu, to pierdoły, ale dyszka jest za krótka by można było to odrobić – walczymy dalej 😉

IMG_1314

Chciałabym też podziękować Natalii, za porcję świetnych zdjęć. Dziękujemy! Chyba zaczniemy biegać Twoimi śladami 😀 Zdjęcie z finiszu specjalnie wstawiłam jako pierwsze, żebyście mogli się przekonać, że biegnąc na granicy wytrzymałości, naprawdę ciężko jest panować nad wyglądem i mimiką twarzy 😉

A tak już na sam koniec dodam, że na metę dobiegłam jako 7. kobieta i biorąc pod uwagę fakt, że miejsca open nie dublowały się z kategoriami wiekowymi, byłam pierwsza w K20, ale na dekoracji nie zostałam, bo poszłam robić roztruchtanie 🙂 Dobra jestem, nie?

FullSizeRender FullSizeRender_3

Pozdrawiam!

PS Jestem ciekawa, czy Wasze dyszki wyglądają podobnie?

Share: