trening

Z pamiętnika triathlonistki

Poważne przygotowania do debiutu w Taupo trwają. Dzielnie trenuję od 4 grudnia. Tydzień później już oficjalnie zaczęłam przygotowania pod okiem Łukasza Kalaszczyńskiego. Minęło kilka tygodni odkąd podzieliłam się informacją o planowanym debiucie w Ironman 70.3, czas zdradzić więcej szczegółów i przemyśleń z ostatnich tygodni.

Gdy pojawił się w mojej głowie pomysł o debiucie w połówce sama nie do końca wierzyłam, że to możliwe. A gdy postanowiłam zrobić to w marcu, po cichu liczyłam, że ktoś mi wybije pomysł z głowy, ale tak się nie stało. Za wiarę w moją mentalną gotowość dziękuję szczególnie Bartkowi, z którym nie muszę walczyć tłumacząc kolejne punkty niezbędne w przygotowania (jak wybór trenera, czy zakup nowego roweru), a mogę liczyć na pełne wsparcie. Cieszę się też, że Łukasz znalazł czas by rozpisywać moje treningi. Już teraz wiem, że to była dobra decyzja. Czasu mam niewiele, nie chcę eksperymentować na własną rękę. Do startu podchodzę zadaniowo i chcę wyciągnąć z niego maximum, które jestem w stanie uzyskać, a do tego jest niezbędna pomoc kogoś, kto się na tym zna.

Pierwsze podsumowanie miało pojawić się równo po 30 dniach. Miała też być informacja 6 stycznia, że mija 5 lat prowadzenia bloga… Nie wyrobiłam się! Dni mijają mi ekspresowo!

W pierwszym tygodniu sporo jeździłam na rowerze, ćwiczyłam na sali, codziennie „coś” robiłam nie przesadzając z intensywnością, chcąc wprowadzić się w trening. Jak zobaczyłam swój plan na kolejne tygodnie, trochę żałowałam, że nie odpoczęłam wtedy na zapas. Od poniedziałku dostałam plan od Łukasza i tak aż do 22 grudnia trenowałam bez dnia wolnego. Taki tryb funkcjonowania na początku był dla mnie barierą przede wszystkim psychiczną. Objętość i intensywność nie były duże, więc fizycznie dawałam radę, ale częstotliwość zmieniła się diametralnie w porównaniu do tego, co znałam. I jest to zmiana nie na 2-3 tygodnie jak robiłam w zeszłym roku eksperymentując z tri, ale kilkanaście. Dam radę, dam radę, może się przyzwyczaję nawet?

Pierwsze tygodnie są wprowadzające. Wracam po przerwie, mam za sobą luźny okres pływania, krótkie roztrenowanie od biegania i dłuuugą przerwę od roweru. Zaczynam z czystą kartą i ważne jest to, co przede mną, a nie za mną. Czemu o tym piszę? To okres, który rządzi się swoimi prawami, nasz punkt wyjściowy jest inny niż szczytowy z poprzedniego sezonu. Trzeba cierpliwie ten okres przepracować, nie poddawać się i nie denerwować, że biegamy, czy pływamy wolniej. Jeżeli nie wymagamy od siebie cudów już na starcie, zobaczymy nie tylko efekty pracy, ale i satysfakcję z każdej wykonanej jednostki.

Pływanie

W dalszym ciągu pływam raz w tygodniu indywidualnie pod okiem Michała i raz z grupą gold. Oprócz tego mam 1-2 treningi sama. Oczywiście są one zaplanowane i uwzględnione w planie tak by wszystko miało ręce i nogi. Muszę przyznać, że to był trudny okres. Choroba po Mediolanie odbiła się na mnie mocniej niż kilkutygodniowa przerwa. Nie czułam kompletnie luzu w wodzie, walczyłam i wiłam się jak węgorz, a pływałam każde zadanie coraz wolniej. Dopiero w ostatnim tygodniu grudnia poczułam różnicę, a początek stycznia aż boję się pisać by nie zapeszyć, ale z setki na setkę pływam coraz szybciej, mimo narastającego zmęczenia.

W połowie grudnia miałam test na 1000 m. 20:40 na pierwszy rzut oka wynik bez szału, ale i bez dramatu. Jak wezmę pod uwagę wcześniejsze 20×50 można uznać, że punkt wyjściowy jest dobry. Nie wiem jak z czasem, ale sam dystans 1900 m nie powinien być barierą. Specjalnie na ten trening założyłam pulsometr i przynajmniej utwierdziłam się w przekonaniu, że więcej danego dnia bym z siebie nie dała. Średni puls jaki uzyskałam wyniósł 170 uderzeń!

Rower

W tej części powinnam odnotować największe zmiany i miejmy nadzieję wzloty 😉 Do tej pory nie trenowałam, a jeździłam gdy miałam ochotę. Czasem raz w tygodniu, czasem cztery, a od sierpnia miałam przerwę. Niestety póki co jeżdżę tylko na trenażerze i bez pomiaru mocy, więc nie mam jak się pochwalić rosnącą formą, mogę jedynie napisać, że mam przeczucia iż zmierzam w dobrym kierunku. W grudniu żaden trening mnie nie przerósł i nie zaskoczył. Cały czas napędzana jestem jeszcze podekscytowaniem. Nowe doznania jak rozjazdy na konkretnej kadencji, mocne odcinki, dłuższe, krótsze, na jedną nogę, twardo, na maksa… itd. itp. Różnorodność treningów sprawia, że czas do 90 minut mija mi gładko i szybko. Kolejna sprawa, na poprawie roweru zależy mi najbardziej, a i roweru najbardziej się obawiam. 90 km… jestem zdeterminowana by przygotować się do czekającego zadania jak najlepiej. Stąd też podjęłam decyzję o zakupie roweru czasowego. Od 30 grudnia trenuję na Specialized Shiv. Trafiłam świetną okazję, rower jest używany, w świetnym stanie, idealnie dopasowany do mnie, od pierwszego treningu się polubiliśmy. Krycha póki co z boku przygląda się naszym postępom, ale to nie oznacza, że już nie będę na niej jeździła, jako szosówka zdecydowanie ma przewagę na treningach wyjazdowych.

W grudniu wyjeździłam 14-15 godzin. Podczas treningów dużo piję, jem żele Huma, czasem coś stałego (ale kanapek jakoś sobie nie wyobrażam), staram się przyzwyczajać już żołądek do tego co czeka mnie w marcu.

Nie miałam większych kryzysów, zabawa się zaczęła w styczniu, ale to już w kolejnych wpisach.

Bieganie

Zaczęłam ciężką nogą. Kros z akcentem na podbieg, który robiłam z Bartkiem i Pawłem na początku grudnia to jeden z tych treningów, które zapamiętamy na długo. Po jednym z podbiegów po prostu stanęłam, co jest oznaką kompletnego rozpadu psychicznego 😉 Na szczęście w tym okresie nie miałam w planach mocnego biegania, miałam czas by się ogarnąć w końcu, ale z drugiej strony, gdy ma się ciężką nogę to i 12 km w I zakresie jest mega męczące.

Nogi powoli, ale zaczęły ustępować, a tydzień świąteczny, w planie luźniejszy, pozwolił im całkowicie podporządkować się mojej woli i tak, jak na początku grudnia robiłam rozbiegania po 5:00, tak pod koniec już 4:40-4:30. Przestało mnie zatykać na podbiegach, a po rowerze biega mi się jeszcze lepiej niż bez. Normalnie urodzona triathlonistka!

W przygotowaniach mam trzymać się biegania w wyznaczonych zakresach intensywności. Do tej pory pomiar tętna na treningach raczej był moim czerwonym światłem lub wskazówką, a tempo głównym wyznacznikiem. Realnie zmiana jest niewielka i dotyczy głównie odcinków bieganych w wyższych strefach intensywności. Z pewnością takie bieganie jest dużo mniej obciążające dla mojej głowy i nóg plus dużo bezpieczniejsze szczególnie na początku przygotowań i w przygotowaniach do tri. Po prostu są dni, że przy tętnie 175 biegnę 4:00, a są gdy biegnę 4:10. Próbując utrzymać tempo w słabszy dzień mogę tylko niepotrzebnie się zajechać, a w obliczu ilości treningów, których wymaga tri, niewiele takim zagraniem zyskam.

Biegałam od 35 do 60 km tygodniowo. Sporo treningów w okolicach 15 km.

Podsumowanie

Początki nigdy nie są łatwe, ale jak podejdziemy do nich na spokojnie, będą kosztowały nas mniej energii i dadzą więcej satysfakcji. Z dnia na dzień przyzwyczajamy się do wysiłku i robimy postępy, ale nie możemy oczekiwać cudów już pierwszego dnia. Pierwsze 3 tygodnie grudnia nie były sielskie, choć i nie intensywne: zmieniająca się pogoda, ciężkie nogi, brak luzu w wodze, sprawiały, że odhaczałam kolejne tygodnie licząc po cichu na jakieś przełamanie. I nadeszło! Ostatni tydzień grudnia trenowało się już naprawdę lekko i przyjemnie, a pierwszy tydzień stycznia tylko potwierdza tendencję (choć już dużo bardziej intensywny). Nie pojawiły się w tym czasie większe trudności mentalne, co wynagrodził mi pierwszy tydzień stycznia 😉

Plusy

  • nie odpuściłam żadnego treningu (tylko raz zamieniłam dni bieg-rower ze względu na smog)
  • z każdym kolejnym tygodniem czuję rosnącą formę
  • nie poddaję się psychicznie, gdy któreś jednostki nie idą po mojej myśli
  • zero rozkmin typu:  po co, po co, po co
  • Odżywianie i suplementacja – niczego nie zaniedbuję, dbam o ilość, jakość, czas spożycia, przerwy -zachowanie godne naśladowania

Minusy

  • problem z plecami w pierwszych tygodniach (na szczęście ustąpił)
  • reakcja alergiczna na powiekach (basen + okularki – na szczęście też już ustępuje)
  • kaprysy zegarka (chyba zepsuta bateria, ale nie mam czasu odsyłać zegarka na kilka dni;jeden trening kończyłam ze stoperem, całe szczęście podbiegi)
  • brak czasu i/lub siły na błahostki/ mniej ważne obowiązki /czynności typowo babskie

Wymaga poprawy

  • muszę lepiej się zorganizować, bo niestety brakuje mi czasu na wiele rzeczy przez moje nieogarnięcie
  • zdecydowanie muszę odpuścić Netflixa i zacząć chodzić spać wcześniej
  • więcej się rolować i rozciągać
Share:
  • Arkadiusz Jankowski

    Kasiu, podziwiam naprawdę! Szok, kłaniam się w pas. Ja byłbym padnięty po pierwszy tygodniu takich treningów. Szacunek!!! :))

    • Kasia GoRlo

      Trochę jestem padnięta, dlatego jak wpadnę na pomysł zrobienia całego Irona niech mnie ktoś uderzy w głowę czymś ciężkim 😉