motywacja

Wings For Life World Run w Rio

Tegoroczny bieg Wings For Life World Run, choć nie był moim debiutem na tej imprezie, był czymś zupełnie nowym na mapie moich sportowych doznań. Pod każdym względem! Lokalizacja, forma zawodów, otoczka przedstartowa, moja rola, moje przygotowanie i samopoczucie na trasie. W pierwszej chwili pomyślałam, że niewiele mam do podsumowania, bo niewiele zdziałałam, ale później sobie przypomniałam, że ja biegłam w Rio i prowadzę bloga o nazwie Run The World i choćby przez szacunek do nazwy winnam Wam relację z biegu!

To był mój drugi start w Wingsie i drugi mogę uznać za równie nieudany „sportowo”, ale o tym później. Przede wszystkim jest to globalny bieg charytatywny, gdzie całość opłat startowych idzie na cele fundacji – badania nad rdzeniem kręgowym. Poza kupnem pakietu możemy także przekazać datek bez konieczności udziału w biegu lub zbierać środki jako drużyna. Aspekt charytatywny imprezy jest najważniejszy, co podkreśla również komunikacja oraz ranking biegu, w którym uczestnicy na wózkach są klasyfikowani na równi z biegaczami. Oczywiście jak to w sporcie, rywalizacja na trasie i walka o pokonanie jak największej liczby kilometrów – też są ważne, nawet jak nie dla wszystkich, to gdyby nie ta rywalizacja, bieg i jego cel nie stałyby się tak popularne i emocjonujące. Emocji, których dostarcza między innymi Bartek swoim udziałem, nie lubi chyba tylko Jego mama 🙂

Jak wygląda działalność fundacji możemy poczytać między innymi w zakładce aktualności strony Wingsa , tam też możemy poznać historie osób po urazach rdzenia kręgowego i ich związanie z biegiem. Nie ma tego wiele i sama jestem ciekawa szczegółów, także jeżeli ktoś wie więcej, dzielcie się!

Mając na uwadze główny cel biegu – biegniemy dla tych, którzy nie mogą, czuję się trochę niezręcznie przechodząc do chłodnego podsumowania swojego występu. Z jednej strony powinnam przede wszystkim cieszyć się i dobrze bawić, z drugiej, ten bieg zabił mi niezłego ćwieka… i nie sposób tego nie podsumować.

Rio de Janeiro! Po wygranej Bartka w Mediolanie postanowiliśmy trochę zaszaleć i postawić na coś egzotycznego – Rio brzmiało całkiem nieźle. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest tam gorąco i trochę niebezpiecznie, dlatego od początku wybieraliśmy się tylko na kilka dni i żadne z nas nie miało ambitnych planów startowych. Bartek chciał walczyć o wygraną lokalną, ale bez zajeżdżania – niestety kontuzja wyeliminowała Bartka z rywalizacji, ale udział wziął i dumnie pokonał prawie 4 km. Ja z kolei w związku ze swoimi przygotowaniami do triathlonu chciałam powalczyć o mocne wybieganie, ale nie dłuższe niż 30 km.

Lecąc do Rio z myślą o starcie, jak o mocnym wybieganiu, nie luzowałam specjalnie z treningami, a na miejscu nie stroniłam od zwiedzania i lokalnych przysmaków oraz napitków. W końcu kiedyś przebiegłam maraton tempem 4:15 i choć teraz nie biegam długich treningów – półmaraton bawiąc się po Disneylandzie przebiegłam tempem 4:10, a po 1,9 km w wodzie i 90 km na rowerze, inny po 4:35, więc co to dla mnie pobiec 30 km tempem 4:20-15?! Nawet jak będzie gorąco! Jakoś pójdzie! Na luuuuzie pójdzie…. Problemem na tamten moment mogłoby okazać się jedynie prowadzenie (u kobiet 4:20 z hakiem dawało zwycięstwo w Brazylii w zeszłym roku, w tym z resztą podobnie), więc o ile 30 bym wywalczyła, to powyżej nie byłoby mowy o walce, bo kompletnie nie jestem przygotowana na długie dystanse, chyba, że mam talent? Ale nie mam. To tyle z rozkmin przedstartowych, czas zabrać się za bieg.

Wings w Rio to całkiem spora impreza, ponad 3 tysiące uczestników, a więc w czołówce jeżeli chodzi o ilość. W biurze, ani na starcie nie czuje się jednak tej wielkości, ale wiecie co? Im więcej startów zaliczyłam za granicą, tym mniej mnie to dziwi. Ja osobiście cenię sobie w biegach przede wszystkim dobrze wyznaczoną i zabezpieczoną trasę oraz zapewnienie przez organizatora „komfortu startowego” w granicach zdrowego rozsądku. Na start dojechałam, z toja skorzystałam, muzyka była, start punktualny, zabrakło może stref startowych i zmuszona byłam ruszyć ze środka co mnie ładnie zamknęło na ponad kilometr i już do końca biegu nie miałam pojęcia co dzieje/działo się z przodu. Z tego co wiem od początku aż do zatrzymania byłam plus minus 5-6 kobietą, oczywiście jak stałam na 30tym wyprzedziło mnie kilka i statecznie byłam 12. Jak dla mnie wszystko organizacyjnie było do zaakceptowania. Moja dyspozycja – na którą tego dnia chyba nikt nie miał wpływu, to już inna para kaloszy.

Przeciskamy się z Bartkiem ile możemy do przodu. Start dosłownie za minutę. Szybki buziak. START! Bartek zostaje, a ja spokojnie ruszam. Pierwszy kilometr tak jak pisałam, to ciągłe wyprzedzanie. Łapię pierwsze okrążenie w 4:22.

Biegniemy piękną prostą tuż przy oceanie. W końcu robi się pusto. Równy asfalt, praktycznie zero wiatru, ciepło i wilgotno, ale słońce schowane za chmurami – prawdziwy dar niebios! Kilometry mijają, ja czuję się lekko, staram się trzymać około 4:20 z myślą, że po dziesięciu kilometrach przyspieszę. Korzystam z każdego punktu, bo wiem, że pogoda powoli zacznie mnie dobijać. Niestety do końca nie było informacji co ile kilometrów będą punkty. Gdy ujrzałam punkt po trzecim kilometrze, założyłam, że będą co trzy, no ale niestety, przypłaciłam to założenie kolką, gdy wzięłam żel, a na kolejny punkt musiałam czekać ponad kilometr.

Przez pierwsze 10 km byłam zachwycona trasą i dziękowałam za chmurki przysłaniające słońce. Oddech w normie, tętno – niski drugi zakres, co mogłoby się wydarzyć? Nagle skończyła się bajka, a ja poczułam jakbym dostała w twarz. Cała lekkość i szczęście pierwszych dziesięciu kilometrów odeszły w siną dal. Po przebiegnięciu kilometra ze zjedzonym i niepopitym żelem dostałam kolki i zgagę. Kolki pamiętam z pierwszego maratonu i od tamtej pory nie miałam z nimi problemów. Tempo spadło do 4:30, a ja byłam tym taka zdziwiona, że ze trzy razy okrążenia od nowa łapałam i pytałam obok jakie mamy tempo. Wszystko wskazywało, że 4:30 i spada, a ja nie mogłam zrobić nic żeby przyspieszyć. Wyszło słońce. Czuję jakbym dostała kolejny cios. Próbuję rozciągać bok, rozluźnić mięśnie, oddychać przez nos, nawet staję na chwilę – kolka odpuściła dopiero po 18 km, ale nie zostawiła we mnie zbyt wielu sił. Uśmiechnęłam się wtedy do siebie trochę zrezygnowana i pomyślałam, że ten bieg zdecydowanie nie jest dla mnie i dużo lepiej sprawdzam się jako kibic.

Słońce i wilgotność dawały się z każdym kilometrem coraz bardziej we znaki. Piłam i schładzałam się wodą na każdym punkcie, ale pomagało tylko na chwilę, do kolejnego punktu dobiegałam wysuszona z pragnienia i za każdym razem marzyłam o czymś więcej niż woda. Niestety poza wodą, tylko na dwóch punktach były Red Bulle, do tego nie było mowy o żadnych kurtynach wodnych, czy mokrych gąbkach – walczyłeś jak umiałeś – polewałeś się wodą z kubka, ewentualnie mogłeś wykąpać się w oceanie.

Drugie dziesięć kilometrów to mix spadającego tempa, słońca, wiaduktów, tunelów i mostów, gdzie najmniejszy podbieg sprawiał mi ogromne problemy, ale widoki ciut rekompensowały. Moment gdy przebiegaliśmy mostem nad zatoką – jeden z najpiękniejszych jakie zapamiętałam. Widok rozbijających się o skały fal prawie pomógł mi zapomnieć, że zaraz się ugotuję. Ujmując krótko – męczyłam się strasznie i mógł zmienić to jedynie catcher car. Zanim jednak do tego doszło musiałam pokonać jeszcze dwie góry, by w końcu wybiec na Ipanemę i tam w pełnym słońcu, między turystami, lokalsami, rowerami i wszelkiego rodzaju spacerowiczami, którzy nie wiedzieli, że przebywają na trasie zawodów, a organizatorzy choć starali się jak mogli nie radzili sobie z zaprowadzeniem porządku, po dwóch kilometrach w końcu dostrzec znacznik 30 km, przy nim odetchnąć z ulgą i się zatrzymać. Mój Wings się skończył, teraz pozostało czekać na samochód.

Dzięki temu, że pobiegłam dużo wolniej niż się spodziewałam, na samochód nie czekałam wcale tak długo. Stając pozbyłam się wszystkich problemów z trasy, no może poza ciągłym uczuciem pragnienia. Wróciłam do punktu po wodę, posiedziałam na krawężniku, jak się później okazało obok faworytki biegu, zwyciężczyni dwóch poprzednich edycji, która biorąc pod uwagę, że jest z Danii, chyba nie była przyzwyczajona do słońca. W końcu zobaczyłam samochód wstałam i dumnie powitałam go żywym marszem na 30,12.

I choć miejsce piękne, impreza świetna, a ja miałam do wykonania konkretne, wydawało się proste zadanie, dawno żaden bieg tak mnie nie sponiewierał. Do głowy przychodzą mi dwa rozwiązania albo jestem obecnie tak słaba, albo zbyt wiele czynników zadziałało na moją niekorzyść.

Po biegu szybko zapomniałam o swoich niedolach i cieszyłam się świetnym towarzystwem biegaczy z Brazylii. W autobusie podczas dwugodzinnej podróży jakoś tak przypadkiem wszyscy poznali historię skąd się tu wzięłam i zostałam the most famous runner in the bus. Dawno nie było mi tak miło, a przecież to sukcesy Bartka! Wszyscy robili sobie ze mną zdjęcia i wywiady, a po wyjściu z autobusu, żeby nie było, pokazałam im gdzie jest Bartek, żeby też przez chwilę mógł pocieszyć się moją sławą 😉

Wracając jednak do rzeczywistości po kilkunastu godzinach zaczęłam myśleć dalej, co sie dzieje z moim bieganiem? Nie lubię biegów, które przegrywam walkowerem, a tu tak czułam się już od dziesiątego kilometra. Ani przez chwilę nie miałam siły zawalczyć o trzymanie założeń. Gdyby moje samopoczucie drastycznie się zmieniło po dwudziestu – mogłabym to zwalić na brak wybiegania, ale po dziesięciu w tempie 4:20 i z tętnem 160? Może to kolka, może słońce, ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć, bo jeszcze nigdy tak się nie czułam na trasie, a biegłam wolniej niż na treningach. Sam bieg może by mnie specjalnie nie martwił, gdyby nie fakt, że zbliża się sezon, a ja jestem w jakiejś takiej dupie… No chyba, że to jednak zły dzień był. Pozostaje mi wierzyć, że to był faktycznie zły dzień, a moja forma będzie odpowiednia w odpowiednim momencie.

zdjęcia 1 i 3: http://www.wingsforlifeworldrun.com/pl/pl/

Share: