trening

Zapalenie rozcięgna podeszwowego – moja historia

Kontuzje, nikt z nas ich nie lubi. Małe, czy duże wystawiają naszą cierpliwość i miłość na próbę. Nie będę dziś pisać jak sobie radzić z nimi, czy zapobiegać. Nie będę wchodzić w szczegóły czemu jednych spotykają, a innych nie. Chciałam napisać o swojej historii i doświadczeniach z zapaleniem rozcięgna podeszwowego. Taka nowość i przełamanie rutyny. Tak żebym i ja pamiętała i inni coś z tej historii wyciągnęli.

Kilka miesięcy temu rzuciłam odważnie, że mnie żadne pierdołowate kontuzje się nie imają. Zaliczyłam dwie z grubej rury i trzeci rok mam spokój. No to miałam. I choć w porównaniu ze złamaniem zmęczeniowym szyjki kości udowej, zapalenie rozcięgna podeszwowego wypada blado. Uwierzcie, że dawno z czymś tak uciążliwym się nie spotkałam. Już rozumiem co miał na myśli jeden z braci Brownlee mówiąc, że ze złamaniami jest łatwiej, wystarczy odpoczywać, a kość sama się zrasta w określonym czasie. A struktury miękkie? 

Sprawdźmy jak to było w moim przypadku z zapaleniem rozcięgna podeszwowego.

Diagnoza

Zaczęły mnie pobolewać pięty. W czerwcu. Początkowo myślałam, że to zmęczenie po starcie w Elblągu. Biegłam w wymagających startówkach, a większość trasy prowadziła po bruku. Ból mijał, wracał, raz był większy, raz mniejszy. Czasem przeszkadzał, a czasem nie i tak mi towarzyszył przez ostatnie kilka miesięcy. Próbowałam jakoś na szybko rozwiązać problem, ale nic nie pomagało na dłużej, a sezon trwał w najlepsze. Przed startem w Gdyni przeżyłam kumulację, a przed RPA ograniczyłam bieganie do minimum byle mieć siłę przebiec dystans na zawodach.

Po RPA planowałam dłuższą przerwę, w której założyłam uporam się z urazami sezonu. I wiecie co? 6 tygodni lenistwa nie zmieniło obrazu sytuacji. Kilka kilometrów, a pięty (z naciskiem na prawą) znowu zaczęły dokuczać. Poszłam do lekarza upewnić się, co mi dolega. Nie sądziłam, że jakieś pierdołowate rozcięgna mogą tyle czasu męczyć, a jednak. Diagnoza się potwierdziła.

Leczenie

Opiszę swój przypadek, bo musicie pamiętać, że może nie każdy jest inny, ale na pewno wiele zależy od tego w jakim stadium rozwoju jest zapalenie.

Wygaszanie zapalenia

Odpoczynek jest konieczny. Tak jak wyżej napisałam w moim przypadku sam odpoczynek niewiele zdziałał, więc musiałam iść dalej. Poza przerwą od biegania i roweru, zaserwowałam sobie regularne rozciąganie i wzmacnianie łydek. Przestałam chodzić boso. Po mieszkaniu chodzę w ciepłych grubych skarpetach/kapciach (ale nie klapkach), a na zewnątrz w butach sportowych. Nie używam żadnych wkładek pod pięty itp. (choć kupiłam), lekarz odradził, ponieważ tego typu wkładki to rozwiązanie na chwile, które skraca rozcięgno, a gdy je wyjmujemy, następuje powrót do naturalnej długości i rozerwanie zagojonych struktur. Na podobnej zasadzie działa gojenie podczas snu i tu jest kolejny punkt, o którym kazał mi pomyśleć lekarz, ale póki co nie musiałam go wcielać w życie. Jeżeli ktoś długo boryka się z rozcięgnami i już nic nie pomaga, do tego wszystkiego można dodać spanie w specjalnych ortezach, które wymuszają na stopach pozycję z palcami do góry. Podczas snu naturalnie stopa nam opada, a rozcięgna regenerują się w pozycji skróconej. Rano gdy tylko wstaniemy z łóżka, rozcięgno się naciąga i następuje zerwanie wszystkiego co przez noc się „leczyło”, stąd w skrócie ten poranny specyficzny ból. 

Jako ostatni etap wygaszania w moim przypadku  była suplementacja magnezem. Magnez wspomaga regenerację i gojenie tkanek. Tylko przy braniu magnezu trzeba pamietać o kilku ważnych sprawach (powtarzam za lekarzem, a nie reklamami supli). Magnez bardzo ciężko przyswoić, stąd żeby mieć pewność, że cokolwiek do nas trafiło, trzeba brać go na noc, jako ostatnią rzecz przed snem, w płynie oraz unikać na kolację produktów bogatych w wapń.

Mały pożar

Gdy rozcięgna były zaleczone na tyle, że opuścił mnie ból poranny i przy bieganiu, a występował już czasem tylko po bieganiu i dłuższym staniu, zdecydowałam się na kolejny jeden z bardziej drastycznych kroków – terapię falą uderzeniową. Trwało to i trwało, niby nie miałam konkretnych planów treningowych, ale chciałam mieć z głowy problem. Podejścia są bardzo różne, ale tak jak przy ITBS, tak i przy rozcięgnie wierzę i potwierdzam na swoim przypadku, że mocna terapia manualna, igły, fala, nic nie wskórają póki nie ugasimy trochę stanu zapalnego. Gdy pięty przestały praktycznie boleć, wtedy udałam się na rozbijanie falą. Nie w momencie gdy nie byłam w stanie dotknąć swojej pięty, a i tak pierwszy kontakt z falą nie należał do najmilszych. Pierwsze uderzenia są cholernie bolesne, ciężko mi do czegokolwiek porównać, ale autentycznie nie byłam w stanie wytrzymać na stole tych 3 minut, nie płacząc, pocąc się i przeklinając biednego Dominika. Kiedyś miałam robioną falę na łydkach, to serio nie pamiętam by coś mnie wtedy bolało w, a pięty? Masakra. Plus jest taki, że już po pierwszej fali było lepiej. Każda kolejna jest mniej bolesna, co oznacza gojenie, a po całej serii, dumnie chciałam napisać, że zażegnałam problem na zawsze. 

Niestety pisałam ten post na raty i dwa tygodnie faktycznie było super, ale terapię falą wykonywałam tylko na prawą piętę, tę bardziej bolesną i wiecie co? Jak prawa odpuściła, lewa upomniała się o swoje. Natomiast jestem dobrej myśli i wydaje mi się, że jeszcze kilka zabiegów powinno pomóc. Tak czy siak, jestem w szoku, że pomogło mi właściwie od razu. Natomiast wiem, że niekażdemu pomaga tak jak mnie.

Problem nie znika

Jeżeli zrobiliście wszystko co powyżej i jeszcze więcej, a problem nie odpuszcza, polecam wykonać RTG, USG jeżeli jest podejrzenie zerwanie, naderwania, a na koniec rezonans jeżeli poprzednie zdjęcia nic nie pokażą. 

To jest coś co powtarzam wszystkim przy każdej kontuzji, jeżeli próbujesz wyleczyć problem i nie ma postępów przez dłuższy czas, diagnoza nie jest do końca jasna, trzeba zrobić dokładniejsze badania, poradzić się innych lekarzy. Samo czekanie najczęściej to za mało, szczególnie gdy zależy komuś na zdrowiu i aktywności.

Przyczyny i prewencja

Z mojego doświadczenia i doświadczenia osób, które zmagały się z podobnym problemem wynika, że w pierwszym rzędzie trzeba się przyjrzeć swoim butom, łydkom i technice biegu. W mojej głowie maluje się teraz obraz mnie podczas zawodów triathlonowych. Schodzę z roweru, łydki zmęczone jak cholera, wrzucam na nogi buty startowe z niskim dropem i cisnę po kostce, asfalcie, korzeniach, schodach i co tam jeszcze pięknego wszystkie trasy tri kryją w sobie. Nie biegam idealnie, a po rowerze to już w ogóle strach patrzeć. Po zejściu z roweru gdy zaczynam bieg czuję się dużo gorzej niż na ostatnich kilometrach maratonu. Mówią, że to z czasem mija, ale jak patrzę na innych triathlonistów nie wyglądają na szczęśliwszych ode mnie. Na takim zmęczeniu biega się dużo gorzej, sztywniej, ciężej, przyjmuje więcej wstrząsów. Myślę, że połączenie zmęczonych nóg, słabszych łydek i butów z niskim dropem, w moim przypadku mogło być gwoździem. 

Nie twierdzę, że zawsze tak jest, ale bardzo często to butom powinniście się przyjrzeć najpierw. Zwolennicy biegania naturalnego itp. pewnie mnie skrzyczą, ale pamiętajcie, że nie bez powodu w butach startowych, lżejszych, „płaskich” biega się przede wszystkim szybko i na zawodach. Do tego ja np. nigdy nie biegałam dobrze w butach z niskim dropem, bo jednak ta pięta idzie pierwsza i ciężko to zmienić, po prostu. Kropka i nie ma czegoś takiego jak bieganie ze śródstopia na siłę, bo sobie robicie tym większą krzywdę ( a już nie wspomnę o tych wszystkich co biegają sztucznie na paluszkach, bo tak trzeba, ale nie zauważają, że biegają w ten sposób wolniej od tych co maszerują). No dobra, więc buty. Serio – do biegania w wymagających butach trzeba być gotowym. Gotowym, czyli z odpowiednią wagą, techniką i motoryką. Dwa – przyzwyczajonym. Nagła zmiana rodzaju butów (niski/wysoki drop; ze wsparciem/ bez, amortyzacja duża/mała itp.) sprawia, że nasze ciało zaczyna trochę inaczej pracować. Trzeba dać mu czas. Buty wprowadzać powoli. Trzy – buty z niskim dropem, płaskie, naturalne itp. nie dla wszystkich. Jeżeli biegasz i jest dobrze – nie mam pytań, jeżeli problemy ze stopami zaczęły się po zmianie butów przyjrzyj się butom, bo to łatwo zmienić, ale także swojej technice i budowie.

Może być też tak, że buty są świetne i biegało się w nich od zawsze świetnie, ale np. zmieniliście nawierzchnię, zwiększyliście obciążenia, czy np. przerzuciliście się na triathlon. Czasem to kwestia jednego biegu, gorszego dnia, czy spiętych łydek.

Odczepiam się już od tych butów. Nie zrozumcie mnie źle. Nie ma złych butów (uogólniając), są źle dobrane do naszych możliwości. Budowa stopy, technika stawiania stopy, technika biegu, przenoszenia ciężaru oraz sam ciężar, to w pierwszym rzędzie sprawia, że w danych butach jednym biega się super, a innym nie. To nie wina butów, ale buty na początek najłatwiej zmienić. Szczególnie gdy chcemy wyleczyć rozcięgna. Później oczywiście możemy do nich wracać, tylko upewnijmy się, czy np. problem nie tkwił w tym, że nasza łydka była za słaba albo strasznie pospinana, a but to pogłębiał. 

Zmęczona, słaba lub spięta, albo wszystko jednocześnie, łydka, to częsty problem przy rozcięgnach. Dlatego przy leczeniu rozcięgna trzeba zadbać i o łydki. Rozciąganie, rolowanie i wzmacnianie powinno nam towarzyszyć podczas leczenia i po nim, tak byśmy nie pozbyli się problemu tylko na chwilę. 

Z moich przeżyć chyba tyle. Wiem, że w źródłach naukowych znajdziecie więcej, lepiej, szerzej, ale czasem prosto i na przykładzie działa lepiej na wyobraźnię niż najmądrzejsze źródła, stąd takie blogowe opowieści 🙂 

A jak w końcu zakończyła się moja historia?

Wydaje mi się, że jeszcze się nie zakończyła, choć biegam bez bólu, kontynuuję terapię fają, bo „coś” jeszcze nie ufam tym piętom. Chodzę w grubych skarpetach, jem magnez, biegam głównie w butach treningowych, unikam bardzo wymagającego podłoża, rozciągam się i dużo ćwiczę. Powyższy wpis pewnie można by skrócić do jednego, pół roku pitolenia, a pomogły 4 strzały falą… Nie uogólniajmy jednak aż tak, a jak nie wiecie czemu, czytać od początku 🙂 

Share: