life style

Jak się odnaleźć po złamaniu zmęczeniowym?

Minęły dwa lata od mojego nieszczęsnego wypadku na Jamajce. Nie piszę za wiele o tych wydarzeniach na blogu, ale to nie znaczy, że wymazałam je również z pamięci. Złamana kość potrzebuje 6 tygodni by się zrosnąć, głowa by ruszyć do przodu, czasem lat. Ile potrzebowała moja? Czego nauczyły mnie złamania zmęczeniowe? Co chciałabym przekazać osobom z podobnymi doświadczeniami?

Dwa lata. Z jednej strony kawał czasu, który wymagał ode mnie wiele cierpliwości. Z drugiej, wspomnienia, które mnie atakują, przypominają, że wszystko wydarzyło się wcale nie tak dawno. Coś w tych złamaniach jest takiego, że wielu osobom ciężko po nich na nowo się odnaleźć. Zostaje rysa na ciele i w głowie. Do tego wciąż niewielka wiedza na ich temat wśród lekarzy i społeczeństwa, nie ułatwia sprawy ani powrotu ani aklimatyzacji. Bo niby to kontuzja jak każda inna, ale postaw obok siebie dwie osoby, jedną po operacji achillesa, drugą po złamaniu zmęczeniowym. Jak myślisz, kto wzbudzi większe zainteresowanie?

Złamanie na Jamajce było moim drugim złamaniem zmęczeniowym, stąd i lament był dwa razy większy. Co dokładnie się stało i jak przebiegała diagnoza oraz początkowe leczenie możecie przeczytać w tym wpisie. Co się zmieniło i jak wygląda moja obecna sytuacja spieszę z opisywaniem.

Po pierwszym złamaniu zmęczeniowym (piszczel) wyciągnęłam wnioski. Wyleczyłam nogę, postawiłam na rehabilitację. Kilka miesięcy biegałam z ciężką głową, ale dość szybko uporałam się z traumą i wyszłam z kontuzji w 100%. Dziś wiem, że wyszłam, ale nie mądrzejsza. Zaślepiona dobrą passą, zapomniałam o zasadach, które nie bez powodu ktoś wymyślił. Po złamaniu 3 godzin w maratonie odpoczęłam chwilę i postanowiłam spróbować ultra (ŁUT70), w końcu to pół bieg- pół marsz, wiele osób tak robi, prawda? Po niecałych dwóch miesiącach, kolejny maraton, niby turystycznie, czyli wolniej, ale jednak, kolejne 42 km. Czy nie lepiej było trzymać się zasady jeden maraton w sezonie? Owszem, niekażdy musi przypłacić kontuzją zbyt dużą ilość startów, ale ryzyko jest znacznie wyższe przy takim postępowaniu. Wystarczy, że dołożymy do tego inne problemy, których na pierwszy rzut oka nie łączymy z treningiem (większa ilość pracy, stres, niższa waga, zaburzenia hormonalne) i coś co na pozór wydaje się nam niewinne, bo przecież inni też tak robią… może doprowadzić nas ot właśnie do chociażby takiej kontuzji. Po złamaniu na Jamajce wyciągnęłam wnioski i wyszłam z kontuzji mądrzejsza, choć pewności nigdy nie ma – ale staram się bardzo.

Medal zawsze ma dwie strony

Nauczyłam się, że nie ma dwóch takich samych historii, a najgorsze co można zrobić, to ocenić człowieka po pozorach. Znam przypadki złamań zmęczeniowych u świetnych zawodników pod profesjonalną opieką, amatorów, którzy dodali za dużo kilometrów, biegaczy początkujących, którzy truchtali 3 razy w tygodniu, startujących 4 razy w roku, jak i startujących co tydzień. Za chudych, za grubych, z problemami hormonalnymi, kobiety, mężczyzn. Pracujących na kontuzje bardziej świadomie i zupełnie nieświadomie. Na pierwszy rzut oka nie ma reguły. Poza jedną, ryzyko kontuzji wzrasta wraz z obciążeniem, które serwujemy naszemu organizmowi. W momencie gdy obciążenie jest większe niż nasz organizm może znieść, buntuje się. I tu pochyliłabym się nad zagadnieniem obciążenia. Jakie jest optymalne obciążenie? No właśnie, osoby szczególnie te po złamaniach zmęczeniowych wiedzą, że raczej trudno mówić o ogólnym optymalnym obciążeniu. Trzeba znać swoje indywidualne granice, a prawda jest taka, że często póki ich nie przekroczymy, możemy ich nigdy nie poznać. Jedno jest pewne, jeżeli doznałeś/aś choć raz złamania zmęczeniowego, istnieje duże prawdopodobieństwo, że doznasz kolejnego. Dlatego nawet jak wszystko wydaje się okej, trzeba dalej na siebie uważać. Hamować zapędy, radzić mądrzejszych, pracować nad słabymi punktami, monitorować zachodzące zmiany w organizmie, badać się. Spróbować odkryć główną przyczynę złamania, jeżeli były to tylko kilometry temat wydaje się prosty do załatwienia.

Czas leczy rany

Czas lekarstwem na wszystko.  A w przypadku złamań zmęczeniowych czas jest najważniejszym lekarstwem. Nie ma drogi na skróty, nie ma delikatnych rozbiegań i nie ma skracania czasu rekonwalescencji. Jeżeli chcemy mieć pewność, że noga się zrośnie i nie będzie nam dokuczał ból przez długi czas, nie uciekniemy przed unieruchomieniem na kilka tygodni. A później tygodniami poświęconymi na same chodzenie i ćwiczenia. Glowa też w końcu ruszy do przodu, ale dajmy sobie na to wszystko czas. Trzeba sobie zdawać sprawę, że nawet jak noga już nie boli, ale nie widać na zdjęciach całkowitego zrostu, nie możemy wrócić do biegania, bo to oznacza jedno – gwarantowaną powtórkę z rozrywki.

Możliwości, nie ograniczenia

To trudne zadanie. W czasach gdy z każdej strony atakuje nas perfekcja, otaczają ludzie ze wspaniałymi osiągnięciami, bohaterzy, do których nam daleko, a i my sami byliśmy przyzwyczajeni do parcia do przodu, ciężko jest skupić na własnym potencjale, a łatwiej ulec wątpliwościom i ograniczeniom.

Sama długo nie mogłam się odnaleźć. Musiałam zrezygnować z wielu rzeczy, które do tej pory były dla mnie codziennością, a później pracować od zera nad sobą. Gdy Bartek wygrywał kolejny WFL ja “marszobiegałam”, uczyłam się pływać i poznawałam kolejne nazwy części roweru, których jeszcze 2 lata temu bym nie umiała wskazać, a teraz nawet co nieco umiem naprawić. Choć było mi ciężko, nie zazdrościłam innym, podziwiałam i kibicowałam tym lepszym, mocniejszym, a sama szłam własną drogą.  To jest coś co staram się przekazywać nie tylko osobom po kontuzjach, ale wszystkim zagubionym. Nie dajcie się ograniczeniom, nie porównujcie do innych, czy do siebie sprzed lat. Szukajcie możliwości, nie przeszkód i wymówek. By nie płakać za bieganiem, robiłam inne rzeczy, które dawały mi szczęście i poczucie rozwoju osobistego. W końcu wróciło nie tylko bieganie, ale przy okazji pojawiła się nowa pasja – triathlon, ale pamiętajcie, że na sporcie i wynikach świat się nie kończy. I choć ja funkcjonuję w dziedzinach, gdzie wyniki są bardzo ważne, nie uważam by definiowały one człowieka. Dużo ważniejsze jest to jakim człowiekiem jest ten sportowiec/zawodnik/bloger, w jaki sposób dąży do wyznaczonych celów i jakich wartości się trzyma w życiu.

Prawdziwa cierpliwość

Dużo mówi się, że bieganie to sport dla osób cierpliwych, ale niewielu jest w stanie w tej cierpliwości wytrwać. Większość z nas jeszcze w trakcie kontuzji planuje swój nowy kalendarz startowy. Moja pierwsza rada i zasada, której ja się trzymałam: nic nie planować. Niech powrót do zdrowia będzie celem, na resztę przyjdzie czas. Ja wracałam do biegania, gdy już nie miałam żadnych dolegliwości. Bardzo możliwe, że mogłam wiele rzeczy zrobić szybciej, czy mocniej, ale czy bezpieczniej? Wiecie z czego ja najbardziej się cieszę? Od tamtej pory nie doznałam żadnej kontuzji, mogę cieszyć się tym co robię i wyznaczać kolejne cele.

Pomoc innych

W trudnych chwilach pamiętajmy, że nie jesteśmy sami. Rozmawiajmy z bliskimi, a jak potrzebujemy wsparcia z zewnątrz, śmiało z niej skorzystajmy. W pierwszym rzędzie, nie wyobrażam sobie powrotu bez rehabilitacji pod okiem specjalistów. Gdy czułam, że moje samopoczucie wymyka się spod kontroli, udałam się do psychologa. Gdy dowiedziałam się, że muszę mocno zacząć pracować nad swoją dietą, zaczęłam chodzić do dietetyka. Gdy chciałam nauczyć się pływać, poszłam do trenera. Gdy bałam się ruszyć z bieganiem, przekazałam pałeczkę trenerowi. Gdy kiedyś napisałam, że korzystam z pomocy dietetyka. Ktoś skomentował, że jak na mój poziom sportowy, to za dużo. Z tym, że ja zdecydowałam się na skorzystanie z pomocy innych, nie dlatego, że jestem zawodnikiem pro i marzę o igrzyskach, potrzebowałam pomocy by odzyskać w życiu równowagę, a ta jest niezbędna i bezcenna. Spotkania z Jagodą pokazują mi czarno na białym jak wygląda moje ciało. Przestałam panicznie bać się dodatkowych kilogramów i procentów tłuszczu. Choć moje i Huberta drogi się rozeszły, uważam, że te kilka miesięcy treningów pod Jego okiem dały mi naprawdę wiele. Na nowo nauczyłam się wierzyć w siebie i walczyć o marzenia. Pomoc innych w trudnych chwilach jest bardzo ważna.

Okazywanie słabości

Można rzec, że nie tylko nauczyłam się, ale polubiłam okazywanie słabości.  Z natury prowadzę życie bardzo aktywne. Nigdy nie lubiłam tracić czasu na odpoczywanie i siedzenie w miejscu. Praca, treningi, nawet wakacje organizowałam tak, by były jak najbardziej angażujące. Teraz bez wyrzutów sumienia potrafię zrezygnować z treningu, gdy jestem zmęczona, odmówić Bartkowi spaceru po ciężkim dniu, czy zupełnie na luzie przeleżeć dzień oglądając seriale lub czytając książkę. Słabość jest rzeczą ludzką, udowodnianie, że jest się niezniszczalnym za wszelką cenę najczęściej to objaw czystej głupoty.

Nie wiem , czy coś jeszcze mogłabym napisać o swoich doświadczeniach. Minęły dwa lata, czuję się wyśmienicie, a mimo wszystko przed napisaniem każdego zdania pojawia się milion myśli. Dostaję naprawdę sporo wiadomości od osób po złamaniach. Z tego co widzę, większość zmaga się z podobnymi problemami. Błędne diagnozy, wydłużone leczenie, szok otoczenia, poczucie winy, przygnębienie, problem z powrotem do sportu… Mnie osobiście pomogły te wszystkie punkty powyżej. Oczywiście wymagają one czasu i/lub pieniędzy, ale wydaje mi się, że w takim momencie warto postawić na siebie w 100%.

Share: