podróże

Relacja z Reggae Marathon na Jamajce. „One good thing about music, when it hits you, you feel no pain”

Wróciliśmy z Pasta Party jakoś po siódmej. Planowaliśmy punkt ósma już grzecznie spać, ale mieszanka emocji i jakby nie patrzeć dość wczesna pora, utrudniały zadanie, a kilkanaście po drugiej czekała nas pobudka! Maraton na Jamajce startuje przed wschodem słońca, o piątej rano, co nie należy do najłatwiejszych zadań. Dla mnie masakra. Żeby w porę się obudzić, zjeść, rozruszać, ubrać, dotrzeć na start, załatwić toaletę, rozgrzewkę itp., trzeba wstać jakieś 2,5-3 godziny wcześniej, czyli w tym przypadku w środku nocy. Gdy usłyszałam budzik, miałam ochotę wyrzucić telefon i spać dalej, ale… Bartek czuwał 😉 Zebraliśmy się i jakoś po czwartej ruszyliśmy na start. Dotarliśmy szybko i bez problemu busem, który zbierał ludzi wzdłuż głównej ulicy Negril i dowoził na miejsce. Busy krążyły do samego startu i ponownie zaraz po dotarciu na metę pierwszych zawodników na 10 km, co niestety utrudniało bieg maratończykom.

reggae marathon

Ciemno, ciepło, nie gorąco, ale duszno, wilgotno, wesoło, ale i nerwowo, tak było przed startem maratonu. Reggae Marathon to nieduża impreza, dodatkowo zaczyna się w ciemnościach, więc nie robi dużego wrażenia przed startem. Szybko zrobiliśmy sobie zdjęcie przed bramą, oddaliśmy rzeczy do depozytu, skorzystaliśmy z toalety. O tojtoje zadbała chyba sama królowa brytyjska, bo muszę przyznać, że na niezłym wypasie były. Miękki papier, światło i spłuczka! A ja to nawet czystą trafiłam. Bartek niestety miał mniej szczęścia. Po wyjściu można było umyć rączki wodą i mydłem, chyba, że ktoś pomylił mydło z izotonikiem 😉 Na rozgrzewkę poświęciłam jakieś 15 minut. Niecałe 10 minut truchtania, trochę wymachów, krążeń, wyskoków, wykroków, przebieżek i byłam gotowa stanąć na linii startu. Martwiła mnie duchota, bo jednak wyobrażałam sobie, że 25 stopni przed świtem będzie przyjemniej odczuwalne. Niestety tłum ludzi i adrenalina robiły swoje. Było duszno. Przyznaję. Na starcie stawałam bardzo niepewna siebie, ale to Jamajka więc co by nie było, miałam odpuścić i dobrze się bawić.

Kilka minut przed wystrzałem ruszyliśmy do przodu, Bartek starał się zająć pozycję w pierwszym rzędzie, ja bezpiecznie, jakieś 3-4 za Nim. Nie było podziału na strefy ani różnych godzin startu poszczególnych dystansów. Wyglądało to tak, że pierwsze rzędy były zapełnione przez pościskane dzieciaki i młodzież jamajską. Przepychali się przez siebie, popychali, krzyczeli, a gdy w końcu sędzia rozpoczął odliczanie, część się przewróciła chwilę po wystrzale, kilka osób zgubiło telefony, słuchawki, a część pognała jak rażona piorunem i po kilkuset (dosłownie! nawet kilometr nie minął) metrach zziajani przechodzili do marszu. Większość tych wariatów miała przed sobą wyścig na dystansie 10 km, ale sprinterskiego ducha można im pozazdrościć.

Od początku biegłam z rezerwą i pełna obaw. Bałam się pogody cholernie. Nie mogłam się wyluzować. Gdzieś z tyłu głowy miałam myśl żeby się oszczędzać i kontrolować tętno (na zawodach nigdy nie kontroluję tętna). Z drugiej strony, jak nie teraz, to później już na pewno nie przyspieszę. Walka wewnętrza trwała i tak pokonałam pierwsze kilometry średnio po 4:20. Postanowiłam przy tym tempie pozostać ile mogę, a dalej oby do mety. Niech się dzieje i tyle.

Wielkim minusem Reggae Marathonu z mojego punktu widzenia jest trasa. Oglądając mapkę wyobrażałam sobie, że będziemy biegli bulwarem wzdłuż morza przez cały czas. Wokół palmy, setki kibiców, kokosy na punktach odżywczych i jamajskie aromaty wzdłuż całej trasy. W rzeczywistości, morze widać było tylko w jednym momencie i to przez jakieś krzaki, a cała trasa, to 10-cio kilometrowy odcinek biegany w tę i z powrotem. Trochę krzaków, trochę drewnianych bud. Punkty odżywcze rozmieszczone co milę a na nich woda i izotoniki w woreczkach oraz od czasu do czasu banany. Zapach Jamajki czułam może w dwóch miejscach, a kibiców było naprawdę niewielu, najwięcej w pierwszej godzinie po wschodzie słońca.

maraton jamajka

Pierwszą godzinę biegło się po ciemku. Maraton, półmaraton i 10 km, wszyscy startowali razem, stąd na początku było dość gęsto. Nie wiedziałam kto biegnie i na ile, ale wiedziałam, że to nieduża impreza i sam maraton wybiera naprawdę garstka. I tak było. W miarę upływu kilometrów zostawało coraz mniej osób przede mną, a po pierwszej dyszce na trasie zostały pojedyncze jednostki. Od tego momentu praktycznie cały czas biegłam sama, przed sobą lub za sobą miałam jedną może dwie osoby. Urozmaiceniem i zabiciem nudy na trasie było mijanie się z innymi biegaczami, którzy żywo mi kibicowali, gdyż od początku biegłam jako druga kobieta w maratonie. Większość to Amerykanie, a ich entuzjazm jest naprawdę zaraźliwi. Z lokalnych mieszkańców kibiców pamiętam naprawdę niewielu.

Pierwsza godzina po wschodzie słońca, to chyba najlepsza godzina mojego biegu, pomimo spadającego tempa. 4:20 bardzo szybko okazało się trudne do utrzymania, zwolniłam i komfortowo biegło mi się średnio po 4:30-4:40. Razem ze słońcem wyszli z hotelów turyści i mocno kibicowali, a do mnie dołączyła prowadząca na rowerze i informowała wszystkich po kolei, że jestem second female 😉 Miłe uczucie, ale i stresujące zarazem. Co ciekawe, ale w moim odczuciu, razem z pojawieniem się słońca zrobiło się przyjemniej i bardziej rześko, o ile można nazwać tak trzydziestostopniowy upał. Mniej ludzi, więcej powietrza, więcej kibiców, reggae w tle i odzyskałam jamajski spokój i hart ducha. Tak dobiegłam do jakiegoś 25 kilometra zanim znowu nie zaczęło siadać mi tempo.

maraton jamajka 2

Na trasie zostało niewielu biegaczy. Większość startujących na 10 i 21 km miało już wyścig za sobą, a ci co zostali po prostu maszerowali. Swoją drogą jeszcze na żadnym biegu nie widziałam tyle osób z nadwagą i tyle osób po prostu od początku idących. A maratończycy byli w mniejszości, więc z każdym kilometrem trasa siała większymi pustkami. Kilometry mijały, było coraz cieplej, korzystałam z punktu odżywczego co milę, dużo piłam i polewałam się wodą. W pewnym momencie aż za dużo, bo moje spodenki zaczęły mi ciążyć, a gdy wyszło słońce nie mogłam założyć okularów, bo były zaparowane i nie było jak ich wytrzeć. Po 30-tym kilometrze zjadłam ostatni żel i biegłam już jakieś 5:00 min/km. Bieg zaczynał męczyć mnie psychicznie i fizycznie. Kilometry ciągnęły się w nieskończoność, im mniej osób na trasie zostawało, tym mniej było kibiców, do tego po drodze zaczęły jeździć samochody i to nie biegacz miał pierwszeństwo. Co chwilę słyszałam trąbienie i zbiegałam raz na prawo, raz na lewo. Na Jamajce obowiązuje ruch lewostronny i ciągle mi się myliło gdzie powinnam zbiec. Do tego niektóre punkty odżywcze zostały puste i musiałam sama podbiegać po worki z wodą. Od czasu do czasu słyszałam największe przeboje Boba Marleya, ale po którejś nawrotce zdałam sobie sprawę, że ciągle lecą 3 kawałki w kółko. Maraton, jak maraton, gdzie bym nie była, zawsze po 30 km mam dość.

Był trzydziesty któryś kilometr, gdy zaczął dokuczać mój pośladek. Pośladek, biodro, udo, ciężko sprecyzować. Podobne dolegliwości miałam już w przeszłości. Między innymi na biegu w Sulejówku – wtedy zeszłam z trasy. Do tego ostatnimi czasy, gdy posiedziałam dłużej przy biurku, zaczynała drętwieć noga i zanim dochodziła do siebie musiałam chwilę pospacerować. Nikt za bardzo nie wiedział o co chodzi, ale kilka dni odpoczynku i masaże pomogły mi stanąć na nogi i dolegliwości minęły. Aż do trzydziestego któregoś kilometra maratonu na Jamajce. Biegłam coraz wolniej i czułam coraz większy ból. Koło 35-go stanęłam by rozmasować i rozciągnąć trochę nogę. Przed sobą miałam transparent z cytatem Boba Marleya: „One good thing about music, when it hits you, you feel no pain. So please hit me with the music”.

W głowie miałam milion myśli. Myślałam o tym jak zeszłam z trasy w Sulejówku i większość odebrała to jako akt strachu. Myślałam o tym, że to Jamajka i głupio zejść z trasy. Myślałam o tych wszystkich biegach, które mi nie wychodzą mimo, że bardzo się staram. Myślałam o tych wszystkich ćwiczeniach, które napierdzielam godzinami, by cholerne kontuzje trzymały się ode mnie z daleka. Myślałam o tym, że to ja jestem ta Kasia która ma traumę i w trudnych momentach się poddaje. Myślałam o tych wszystkich, którzy mówili, że to tylko drobne przeciążenie. Myślałam o tych krzyczących przy trasie: looking good, keep on moving, you can do this, myślałam o Bartku, o moich bliskich, o osobach czytających bloga, o adgarze, o pani na rowerze, która mnie prowadziła. Myślałam o wszystkich, tylko nie o sobie. Tak ciężko mi było powiedzieć stop. Pobiegłam dalej, a właściwie potruchtałam. Zostało 5 km. Dam radę, pomyślałam. To Jamajka, najwyżej dojdę jak inni. Poruszałam się powoli, robiłam przerwy na rozmasowanie mięśnia, ostatnie kilometry wyszły po 6-7 min.km. Dwa kilometry do mety chciałam zrezygnować, ale na pomoc musiałabym czekać kilkanaście minut, więc truchtałam dalej. Kibice i mijani biegacze dopingowali mnie, pani na rowerze oczyszczała mi drogę, prosząc wszystkich by schodzili na bok. Czułam się bezradna, zmęczona i obolała. Chciałam to jak najszybciej skończyć. W końcu ujrzałam upragnioną metę. Podziękowałam prowadzącej i ostatnie sto metrów dowlokłam się sama.

reggae marathon

Piszę szczerze, jak wyglądał mój bieg. Z perspektywy czasu wiem, że mądrzej było zejść na 35-tym kilometrze, ale wiem też, że znajdując się w podobnej sytuacji mało kto by zszedł z trasy. Dziś znając ryzyko pewnie bym zeszła. Piszę pewnie, bo ryzyko ciężko ocenić. Na ostatnich kilometrach maratonu ciężko o chłodną kalkulację, a już tym bardziej na Jamajce. Myślałam, że dojdę, wezmę medal i pójdę bawić się na plaży. Długo myślałam, czy pisać o tym co było za metą. Poza tym, że rozgrywała się najlepsza część Reggae Marathonu, czyli after na plaży, na którym mnie nie było. Napisałam na tyle zwięźle, ale i wylewnie na tyle, by uspokoić i wytłumaczyć swoje milczenie. Domyślałam się, że pojawi się grono specjalistów i znawców ryzyka oraz słuchania swojego organizmu, jestem na to gotowa, ale chcę być fair wobec tych którzy przeze mnie się martwili, więc piszę. Zanim jednak ktoś wyda opinię, niech się zapozna z medycznymi szczegółami mojej przypadłości.

Niestety. Za metą położyłam się na ziemię i tradycyjnie zalałam się łzami. Może to był błąd, a może nawet gdybym nie padła skończyłoby się tak samo, w każdym razie, gdy tak sobie padłam, coś się zablokowało w moim biodrze i już nie mogłam wstać. Daruję Wam szczegóły, ale od tej pory zaczęły się najgorsze chwile mojego życia. Nigdy nie przeżyłam czegoś równie bolesnego i to tak daleko od domu. Nic nie było w stanie mi pomóc. Leżałam w namiocie i czekałam. Po kilku godzinach leżenia zostałam przewieziona do szpitala jamajskiego. Tam spędziliśmy jakieś 6 godzin. Świeżo po maratonie, bez jedzenia, jako jedyni biali ludzie, w szpitalu, do którego wejścia broniło wojsko i na każdym kroku stał żołnierz z karabinem. Leżałam między przywiązanym pasami Jamajczykiem co chwilę wpadającym w szał i babcią, która przez te 6 godzin nawet się nie poruszyła i nikt nie sprawdził co z Nią. Inna staruszka przechodząc obok mnie, zbeształam mnie z błotem za krótkie szorty, a ja nawet nie miałam jak się przykryć. Trzeba jednak przyznać, że pomimo warunków, sami lekarze byli przesympatyczni i bardzo pomocni, nawet sanitariusze rozumieli mój ból i przenosili mnie naprawdę ostrożnie. Gdy na RTG wyszło, że z kośćmi wszystko jest ok, skonsultowano jeszcze dwóch lekarzy. Dostałam zastrzyk, po którym nic się nie poprawiło, a później kolejny, po którym odpływałam i wracałam do siebie przez kolejne 24 h. Udało się nam jakoś wrócić do hotelu, zaczęłam przyjmować leki przeciwbólowe i po trzech dniach zaczęło mi się poprawiać. Ciężko sobie wyobrazić te trzy dni jak nie widziało się mnie na żywo i pewnie dobrze, ale sam fakt, że nie byłam w stanie nic napisać mówi już za siebie. W końcu mogliśmy zmienić hotel i zaczęłam być bardziej samodzielna. Mogłam pokonywać sama krótkie dystanse i z nadzieją zaczęłam patrzeć w przyszłość. Dzięki temu Bartek odetchnął i na tyle ile mogliśmy cieszyliśmy się Jamajką. Niestety wiele rzeczy nas ominęło i niestety najgorsze się nie skończyło.Wchodząc do morza uderzyła mnie fala i wszystko wróciło od początku. Nie pływałam, nie skakałam, nie biegałam, po prostu weszłam do wody i dostałam falą, taką typową morską falą, nie za dużą, nie za małą. Dwa dni przed wylotem z Jamajki, nie mogłam znowu się ruszyć. O tym co działo się w mojej głowie i ile przeszłam by wrócić do kraju, wolę się nie rozpisywać. Najważniejsze, że się udało. Jestem w Warszawie. Jestem po wizycie u lekarza, odpoczywam i chyba nie jest tak źle jak myślałam. Ktoś kto miał do czynienia z atakiem rwy kulszowej pewnie rozumie bez szczegółów o jakiej intensywności bólu i braku sprawności ruchowej piszę.

reggae marathon 2

Wracając jednak do maratonu, to mimo mojego nieszczęścia, jak najbardziej polecam imprezę. Po samej trasie nie spodziewajcie się nic szczególnego, jednak wszystko co wokół maratonu robi wrażenie i nigdzie indziej tego nie znajdziecie. Warto ten maraton potraktować jako część wycieczki na Jamajkę. Przebiec go, ale nie traktować biegu jako głównego punktu wyjazdu. Bawić się przed biegiem i po. Pasta party i impreza na plaży po maratonie, na pewno są obowiązkowe by móc w pełni poczuć prawdziwy jamajski klimat tego maratonu. Mnie after party ominęło, ale chętnie tam wrócę i odczaruję miejsce i zainwestuję w fotografa, co by były zdjęcia z biegu 😉

Pozdrawiam!

Share:
  • Edy.t.a

    Cenię Cię za szczerość.
    Współczuję dolegliwości, wyjatkowy niefart 🙁

    Nie będę diagnozować, doradzać, bo pewnie sama wszystko wiesz. Dawaj znać, jak sie czujesz i jak wychodzic z takich przypadków.
    Czy wiesz już, czym to zostało spowodowane?

    • Hej,
      dziękuję, a przyczyny mogą być różne, u mnie to kwestia mięśnia gruszkowatego najpewniej, stąd taki mocny atak, tak długo mnie boli i mozolnie wracam do zdrowia, ale mimo wszystko mam trochę szczęścia, bo jak problem bierze się z mięśnia a nie kręgosłupa to nie ma tylu komplikacji – kwestia rozluźnienia, wyleczenia stanu zapalnego i wzmocnienia tyłka 🙂

      • klusex

        Hej, bardzo Ci współczuję i od razu mam prośbe, czy możesz pisac o leczeniu, reha itp? Ja mam b. podobne objawy, od poczatku lekarze twierdzili, że to rwa kulszowa. Żadne „twarde” badania tego nie potwierdziły (EMG, RTG, MRI). Później ze to rwa gruszkowa, że to ITBS, że to za dużo siedzenia, że to siamto i owamto. Efekt? Sprawa ciągnie się ponad 2 lata, nie dostałam żadnej konkretnej diagnozy, ani leczenia, które by przyniosło skutki (leki przeciwzapalne miałam nawet podawane wprost do stawu, pod RTG). Niestety, u mnie opcja „porozciągać, powzmacniać, kupic rolkę” sie nie sprawdziła, byłam chyba najpilniejszą pacjentką reha pod słoncem. I żeby nie było, że trafiłam na kiepskiego lekarza, to dodam, że byłam u 5 ortopedów, 2 neurologów, 1 reumatologa, 3 osteopatów i niezliczonej ilości rehabilitantów i masazystów. Aha, poza „duzymi” badaniami, jak MRI, miałam też badania krwi, od podstawowej morfologii po chlamydie, bo ktoś wpadł na taki pomysł. Wszytskie badanie wskazują jedno: jestem przezdrowa, z tą różnicą, że od 2 lat co najwyżej udaję sie na niezbyt długie, powolne spacery, a jestem po 30-tce. Byłoby świetnie gdybyś pisała o swych doświadczeniach, może pomogą innym (ja oczywiście dalej szukam, korzystam głownie ze źródeł angielskojęzczynych, ale żadna z możliwych diagnoz się nie potwierdziła).

        A co do broni i żolnierzy pod szpitalem: to karaiby, tam tak jest :)))

        • Ja dopiero zaczynam, pierwsza diagnoza wygląda dość optymistycznie, ale to dopiero początek, będę informowała co i jak, bo z początku były wątpliwości co do rwy gdyż przy każdej próbie ruchu coś mi trzaskało a podobno rwa nie trzaska… (rety jak to strasznie brzmi :/ ) będę dawała znać. pozdrawiam i życzę byś w końcu poznała swoją odpowiedź

          • klusex

            Trzymam kciuki!! Mam nadzieję, że szybko się z tym uporasz. Dodam tylko, że ja też miałam się z tym uporać w ciągu kilku tygodni.. Później już tylko lekarze uprawiali spychologię i wysyłali mnie do kolejnych specjalistów (ortopeda do reumatologa, reumatolog do neurologa itd). Mi też trzaska, w lewym, czyli problematycznym biodrze (choć nie tylko biodro boli). Co zabawne trzaska głównie, jak kręce i tylko w 1 kierunku 😉 Niestety nie jest to snapping hip syndrome, bo to też powinno dość łatwo dać się wyeliminować.

            Nie wiem, czy znasz ten kanał: https://www.youtube.com/user/UprightHealth Koleś mówi sporo o biodrach i FAI, warto poczytać, bo większość lekarzy w PL na hasło FAI niestety tylko wytrzeszcza oczy. W ogóle mam wrażenie, że zaczyna się z diagnozą rwy kulszowej (ja też tak zaczęłam) nie dlatego, że symptomy się super zgadzają, tylko dlatego, że tylko to im przychodzi do głowy. Mi robili badania, także takie na szybko, na leżance, które nie potwierdzały rwy a i tak słyszałam „rwa”. Życzę więc dobrego lekarza, z otwartą głową, który nie zakończył edukacji w momencie uzyskania dyplomu.

            Aha, ja kupiłam też tzw. kneeling chair. Staram się nie siedzieć dużorobić przerwy itd, ale czuje poprawę, moge polecić (wcześniej probowałam siedzieć na swiss ball, ale to nie to).

            3maj się!!

  • Piękna, mądra i bardzo szczera relacja, współczuję przeżyć za metą. I cieszę się, że już jesteś w kraju.

  • Mariusz

    hmmmmm… nawet nie wiem co napisać(jak sobie wyobraziłem ile musiałaś tam przeżyć i co musiało się dziać w Twojej głowie), ale z drugiej strony pisze nawet cokolwiek bez składu i ładu choćby tylko po to żebyś wiedziała że przeczytałem wszystko dokładnie i gdzieś na swój sposób odczułem Twoje emocje bijące z tego tekstu… Życzę Ci zdrowia i wszystkiego dobrego!

  • emka

    Byłaś bardzo dzielna, niestety ból zaatakował Cię w momencie, który był dla Ciebie ważny 🙁 atak rwy kulszowej miałam, wiem co to za ból, wtedy naprawdę nie da się chodzić… u mnie dolegliwość była związana z końcówką ciąży (po narodzinach dziecka przeszło), mam nadzieję że u Ciebie nigdy więcej nie pojawi się taka dolegliwość.

    • Też mam taką nadzieję. Sporo kobiet pisze o rwie w ciąży, wtedy to dopiero trzeba mieć siły by to przetrwać :/

  • JackRuns

    Kasiu życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia, martwiłem się co się dzieje jak nagle przestałaś snapować 🙂 teraz już wiem co się stało i szczerze współczuję pozdrawiam

    • dziękuję. Staram się wracać do snapowania, ale poza strasznym samopoczuciem wyglądam też strasznie więc nie chcę Was zrażać do siebie 😉

  • Ma Mg

    Miałam to samo. Ryczałam autentycznie z bólu. Żadne leki, NIC mi nie pomagało.
    Przez miesiąc leżałam nie wstając z łóżka i dopiero troszkę mi się poprawiło.
    Złapało mnie jak biegłam ma bieżni, i jak padlam tak nie wstałam. Musieli po mnie przyjeżdżać i mnie wynosić 😉

    • ehhh współczuję, naprawdę nie sądziłam że coś może tak boleć, ja myślałam, że biodro mi ze stawu wypadło 🙁

      • Ma Mg

        Ja wtedy przechodziłam istną histerię. Ileż mnie lekarzy diagnozowało – i każdy mówił co innego. Ileż ja kasy wydałam na badania. Ciort wtedy z pieniędzmi, że tak powiem, a to, że ból niemiłosierny i nic nie pomagało a nawet nie wiadomo co na 100% mi było ( zdiagnozowali mi nawet ogromnego torbiela jajnika którego nie miałam;). Płacz/ryk 24 h na dobę, nie wstawałam potem z łóżka, nie ruszałam się nawet bo nadchodziła tragedia. 2 tyg noszono;) mnie po szpitalach, jak dali w końcu leki to 2 tygodnie nie wstawałam z łóżka i spałam w jednej pozycji – pomagało: kołdra i poduszki pomiędzy nogi i leżenie na lewej stronie. Prawa boląca strona – w górze.

        Jak nawet niby ból ustąpił, to jak tylko chciałam zacząć biegać – ból powracał.

        Zaczełam biegać i ogólnie ćwiczyć po jakiś 2 miesiącach, by wszystko się, że tak powiem – zaklepało i aby od nowa to nie wróciło.

        Życzę Ci zdrowia. Zatrudnij sobie służbę 😉 i niech Ci nawet jedzenie podają (ja nie byłam przynajmniej w stanie nawet stać;), i CZAS, CZAS, czas, dużo czasu. Leki tu najmniej pomogą niestety 😉

        • O mamo widzę, że miałaś chyba jeszcze gorzej, współczuję ogromnie. Czekam aż trochę stan zapalny się uspokoi i dalej będę jeździć po lekarzach. Czytałam że każda rwa jest inna i różnie jest przechodzona. Ja np. nie mogłam być noszona na rękach jak już drugi raz miałam atak, bo gorzej mi się napinało i paraliżowało mnie. Na szczęście poprawiło mi się na tyle że ból nie jest już tak obezwładniający i powoli mogę się poruszać, ale tylko o kulach ciągnąc za sobą nogę, śpię na plecach (ile ja bym dała za położenie się na boczku), nie mogę robić ruchów na boki i szybko siadać. CIężko sobie to wszystko wyobrazić, ale z dnia na dzień stajesz się po prostu niesprawny. Mam nadzieję, że diagnozy i prognozy lekarzy się potwierdzą, że to kwestia mięśnia który uwięził mój nerw a nie zniszczonego kręgosłupa i szybko mi przejdzie i nie grożą nawroty, ale póki co staram się już tak nie panikować cierpliwie przeczekać najgorsze i dalej działać. Trzymam kciuki za Ciebie , dwa miesiące nie brzmią tak źle 😉 Swoją drogą pomoc drugiego w takich przypadkach – nieoceniona

  • lolokch

    Hey Kasia, ja co prawda rwy nie miałem ale problem z kręgosłupem to kontuzja numer 1 u mnie i związane z tym dolegliwości. Zrób sobie rezonans L-S dla świętego spokoju chociażby.
    I nie chcę wychodzić na jakiegoś znachora z internetow 🙂

    Duuuzo zdrowia

    • Tak, będę robić badania, jak trochę stan zapalny się zaleczy 🙂 dziękuję

  • www.runwithmum.pl

    Wiesz co, te wszystkie nieszczęścia i biegowy mrok, jak napisałaś, ma wg mnie swój sens. Z jednej strony – jasne, kiepsko, ból, bezsilność. Są osoby, które też tluką km i zdają się mieć więcej farta, mnie komplikacji. Ale to jednocześnie jest Twoja siła… bo za każdym razem, gdy się podnosisz i walczysz masz dodatkowe punkty do mocy 🙂 nawet nie fizycznej, ale psychicznej… gratuluję i podziwiam Twoją babską determinację 🙂

  • Mariusz Marszal

    Jesteś wielką zawodniczką poradziłaś sobie, choć było boleśnie i trudno. Możesz być dumna z siebie, bo wygrałaś walkę sama z sobą bolem i przeciwnościami. Takie właśnie biegi kształtują charakter biegacza. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
    Pozdrawiam panią na rowerze. 🙂 która pomagała.
    🙂 ciekawi mnie ten izo… co można było pomylić w mydłem 🙂

    • hehe ciemno było i Bartek chwycił czyjś izotonik, który był w podobnej butelce do mydła – na szczęście uratowałam Go i Jego bieg! 😀 Właściwie, to może dzięki mnie wygrał 🙂

  • Wiesz co, te wszystkie nieszczęścia i biegowy mrok, jak napisałaś, mają wg mnie swój sens. Z jednej strony – jasne, kiepsko, ból, bezsilność. Są osoby, które tłuką km i zdają się mieć więcej farta, mniej komplikacji. Ale to jednocześnie jest Twoja siła.. bo za każdym razem, gdy wstajesz z tych kolan i walczysz, masz dodatkowe punkty do mocy 🙂 Nie tylko fizycznej, ale psychicznej… gratuluję i podziwiam babską determinację:)

    • Dziękuję i liczę, że w tych słowach jest jakaś większa prawda 🙂

  • Boomer

    Kasia, trzymaj się mocno i jak najszybciej wracaj do formy! Wierzę w ciebie! 🙂

  • Agata Lipiec

    Kasiu, dzięki za ten tekst. Bardzo się o Ciebie martwiliśmy i powiem szczerze (nie umniejszając bólu), że bałam się, że to jeszcze coś poważniejszego. Wracaj do zdrowia! Będzie dobrze. A na przyszłość przestań się przejmować, co inni powiedzą, to twoje zdrowie i ono jest najważniejsze! Odpoczywaj kochana.

    • Dziękuję, przyznam, że początkowo nie wiedząc że to zablokowany nerw kulszowy myślałam o najgorszym, nie sądziłam, że coś może tak obezwładnić, ale już daruję wszystkie szczegóły 😉

  • Iwona Januszyk

    Doskonale wiem, dlaczego nie zeszłaś z trasy, gratuluję mimo wszystko dobrego wyniku 🙂 Fragment o tym co czułaś, wydał mi się bardzo znajomy 🙁 nie martw się za bardzo – pewna bliska mi osoba miała też problem z rwą tamtej zimy, już jest wszystko ok i wróciła do ZAWODOWEGo sportu (również wytrzymałościowego) 🙂 Mój tato nie jest sportowcem, jednak człowiekiem bardzo aktywnym, ale jak miał atak rwy (spowodowany potrzaskanym kręgosłupem w młodości), był załamany, że będzie kaleką i nigdy nie wróci do swojej zwykłej sprawności – oczywiście wrócił!! Nie daj lekarzom wmówić sobie, żadnych bzdur!! Tobie tym bardziej się uda! Trzymam kciuki i mam nadzieję, że będę mogła któregoś dnia pościgać się z Tobą na przykład na dyszkę 🙂 pozdrawiam i trzymam kciuki!

    • Dziękuję bardzo. Czekam na dalsze badania, ale tak jak i Twój tata obawiałam się najgorszego, teraz jestem trochę spokojniejsza

  • Piotr Skorka

    Hej, Ja po ataku rwy kulszowej lezalem przez 3 godz. w kuchni az w koncu wrocil moj brat i zadzwonil po karetke. Jeden dysk przymiazdzony drugi wysuniety naciskal na nerw kulszowy.Jakies poltora roku nie moglem siedziec , zawsze lezalem bokiem.Nie wyobrazalem sobie pol godzinnej jazdy samochodem,chyba ze siedzialem bokiem na jednym posladku.Lekarze pocieszali mnie mowiac , czlowieku ty masz przej…ne do konca zycia. Mojego brata blizniaka zlapalo to samo .Wysuniety dysk,jechal na jakim tramadolu czy cos tam pol roku .zaden specjalista nie mogl mu pomoc . az sam sie wyleczyl w ciagu 5 dni .cwiczenie Mc Kanziego a potem pomogly i mi .Od paru lat nie mam zadnego bolu z kregoslupem tylko przy rzozciaganiu czuje ze jest napiecie , ale nie ma juz zadnego dretwienia az do stopy.Stad tez moze moje itb z ktorym walcze juz 2 lata, przez ktorego nie raz wracam z biegu ze lzami i mowie ze jak dojde do domu to rozpier…. te kolano mlotkiem , wytne te tkanki nozem . A nastepnym razem wracam jakbym boga za nogi zlapal bo udalo mi sie przebiec 10 km . 6 specjalistow i zaden nie ogarnal powodu.Wiec glowa do gory .kazdej zimy sie sypiesz a potem wracasz silniejsza 🙂
    Wasz fan Piotr Skorka , ktorego blokujecie za nie wypazony jezyk

    • O! Witaj! Miejmy nadzieję, że nic od kręgosłupa a dalej się zobaczy. Pozdrawiam i mimo wszystko więcej zdrowia życzę 😀

  • Piotr Skorka

    Aaaaa to gruszkowaty , bedzisz zyla

    • też tak to widzę, jeżeli diagnoza się potwierdzi 🙂

  • Magda

    Kasiu, jesteś niezwykła! Wielkie gratulacje!

  • pafcio

    Wracaj spokojnie do zdrowia i pamiętaj o czym w refrenie śpiewa grupa Hurts (akuratną nazwę wybrali 🙂 ):

    „Don’t let go, never give up, it’s such a wonderful life”

    https://www.youtube.com/watch?v=1TB1x67Do5U

  • Agnieszka Pietrzyk

    Z ciarkami na plecach oczekiwałam na tę relację. Doceniam, że opowiedziałaś o tym tak szczerze. Też ostatnio miałam podobną sytuację na półmaratonie (kontuzja stawu biodrowo-krzyżowego) i czytając to czułam się jakbym znowu to przeżywała. Brawo za wytrwałość. Jesteś super waleczną dziewczyną ! życzę Ci jak najszybszego powrotu do zdrowia bo dobrze wiemy jak te dni niepewności czy wszystko wróci do normy potrafią wykończyć 🙂

  • Wzruszylam sie czytajac Twoj tekst. Jestes niezwykle silna kobieta! Zycze szybkiego powrotu do zdrowia.

    • Oj żebyś widziała ile ja przebeczałam to byś zwątpiła w moją siłę 😉 ale dziękuję za życzenia i wsparcie. 🙂

      • Nie uwazam, zeby placz byl oznaka slabosci! Kochana dalas czadu! Przelamalas swoje slabosci, dotarlas do lini mety nie poddajac sie. Teraz uwierz w siebie i zdrowiej 🙂

  • Nie wyrzucaj sobie, że nie zatrzymałaś się na 5 km przed metą maratonu! Ja ostatnio nie potrafiłam się nawet zatrzymać podczas zwykłej regeneracyjnej (tak się zregenerowałam, że hej!) przebieżki, gdy zaczęło mnie coś boleć w śródstopiu i teraz od 2 tygodni już nie biegam, bo ból mi nie pozwala… Ogólnie ten rok (nic tak nie pociesza, jak cudze tragedie :P) był dla mnie biegowo beznadziejny mimo (potrącił mnie samochód, w wakacje miałam wypadek na rowerze, potem na 2 tygodnie przed maratonem zemdlenie przez niemal tygodniową biegunkę…), że zaczął się rewelacyjnie. Myślę, że jak komuś bardzo na czymś zależy to takie kłody pod nogi są w to wpisane (przynajmniej niektórym personom… ;)). Ja teraz w tej ponownej przymusowej przerwie mówię sobie (i wierzę w to!), że jak już dojdę do siebie i wejdę w trening, to teraz już musi w końcu być dobrze. Trzymam kciuki, abyś Ty też jak najszybciej doszła do zdrowia – rok 2016 będzie obfitować w samo pasmo sukcesów i niemal zero kontuzji, ZOBACZYSZ!!! 🙂

    • Poznając historie innych, możemy nabrać dystansu do własnej i jaśniej spojrzeć. Nie to, żebym się cieszyła że też masz kilka peszków na koncie, ale dobrze wiedzieć, że wszyscy jesteśmy równi i każdy ma w swoim życiu moment gdy z czymś musi walczyć 😉 Dziękuję i powodzenia w 2016!

  • Magdalena Langowska

    omg rwa kulszowa – wiem co czujesz 🙁 dorwała mnie parę lat temu-jak leżałam plackiem na pogotowiu to tylko marzyłam o zastrzyku z ketonalu po czym przyszedł lekarz i powiedział że zastrzyk to już dostałam jakieś 15min temu- nawet nie poczułam różnicy tak cholernie bolało. U mnie zaczynało się podobnie – dziwny ból w łydce drętwienie zwłaszcza w stopie. Pomogły ćwiczenia rozciągające trochę stretchingu-do tej pory regularnie wracam do tych ćwiczeń. Na pocieszenie – przy narodzinach dziecka boli zdecydowanie dużo bardziej 😉

    • hehe no niestety z tymi przeciwbólowymi to tylko dodatkowy problem, nic nie pomagają a żołądek siada. Co do porodu wolę żyć w przekonaniu że każda znosi inaczej i ja chociaż w tym przypadku będę miała więcej szczęścia 😉

  • Paulina Surmacewicz

    Kasia, hmm… Miałam to samo. I powiem Ci jedno, to franca jest, ten nerw kulszowy. Ale przechodzi. Niestety, kiedy chwyta, trzeba przerwać bieganie. Jednak, mimo to, można z tym żyć i biegać. Będzie dobrze. Mocno pozdrawiam.

    • Dziękuję. Ehhh zobaczymy jeszcze co z tym będzie 🙂 pozdrawiam

  • Tomasz Łęcki

    Kasia przeczytałem uważnie Twoją relację. Bardzo mi przykro, że Cię tak do”rwało” 🙁 ale zauważyłem też narzekanie 🙂
    Pamiętam jak spotkaliśmy się na Łemko jakiś czas po dotarciu na metę. Dla Ciebie to było pare godzin, a ja dopiero co dobiegłem. Zapytałaś czy mi się podobało – powiedziałem że „jasne”. Później jak czytałem Twoją relację to początki były raczej w odcieniach szarości, kolory zaczęły pojawiać się pod sam koniec. Suma sumarum relacja mi się podobała 🙂
    Z natury jestem niepoprawnym optymistą i może dla większości osób jest to naiwne ale tak mam. Oczywiście czasami nie wychodzi 😉 Ale czy to w sporcie nie pomaga właśnie ? Taka wiara w siebie ? Wiesz, że wszystko się uda i że kurde – dam radę 🙂
    Nie wiem czy to boli tak samo jak po złamaniu kręgosłupa. To inna przypadłość, w każdym razie żaden ból nie jest fajny… 🙁
    Myślę też, że może chociaż trochę rozumiem Twoją determinację i chwilową bezradność sportową …
    Doceniam to, że piszesz szczerze – tak jak było, o wszystkich swoich rozterkach, przemyśleniach i wątpliwościach – biorę również poprawkę na to że jesteś Kobietą ( nie odbierz tego źle – Kobiety miewają różne rozterki 🙂 ).
    Kończąc – życzę Ci optymizmu. Czerp z tych wszystkich osób które są koło Ciebie, które Cię wspierają, które myślą o Tobie albo o tym czym podzielisz się z nimi jutro 🙂 To chyba ma chyba ogromny potencjał w trudnych momentach ? 😉

    Pozdrawiam ciepło i życzę zdrówka dużo 🙂

    • Hej, dziękuję bardzo. Ja po prostu z natury jestem osobą, która nie zachwyca się wszystkim dookoła ale też nie marudzi 😉 jak coś mi się nie podoba albo z czymś mi źle to mówię o tym, ale optymizmu we mnie sporo, bez tego ciężko by było przetrwać na tym świecie 😛 Co do relacji to moim zdaniem to naturalne, że jak coś boli i jest trudne to pierwszy odruch człowieka to złość, ale z każdym kolejnym krokiem odkrywasz większy sens nawet w tym cierpieniu. Co do optymizmu a propos mojego zdrowia i przerwy od biegania, to ja nie jestem w żadnym momencie zła, że nie mogę biegać, albo nie wierzę w siebie. Przechodzę przez sporo bólu ostatnio i dość poważne problemy zdrowotne, tu już raczej nie chodzi o zamartwianie się treningami a o to jak i czy wrócę do pełni zdrowia. Oczywiście bardzo dziękuję za życzenia i kto wie, może mi rozjaśni się w głowie 🙂 pozdrawiam 😉

      • Tomasz Łęcki

        Kasiu, przyznaję nie znam Cię i może mój komentarz wywołał u Ciebie jakieś negatywne emocje. NIe było to moim celem. Szanuje Twoje wyniki, podejście do sportu, cieszy mnie Wasz związek bo moim zdaniem wyglądacie na bardzo szczęśliwą parę i mocno się wspieracie. Więc piszę tą odpowiedź żeby Cię przeprosić 🙂 bo chyba źle Cię odebrałem 🙂 Wyszło chyba tak, że Cię bardziej zdołowałem niż ewentualnie pomogłem i jakoś wsparłem poprzednim postem … 🙁 Nie lubię tak robić i dlatego odpisuję tak późno bo chciałem to przemyśleć. Zdrowie jest najważniejsze, a w trudnych momentach wsparcie innych i tych najbliższych i tych dalszych jest bardzo ważne. Życzyłem już zdrowia i optymizmu, teraz życzę miłości i jeszcze więcej wiary w to że będzie ok. Jeśli ze swojej strony mogę jakoś pomóc to jestem otwarty 🙂
        W kontakcie 🙂

        • Nie no Tomek, nie przepraszaj 🙂 nie obraziłeś mnie ani nie zdołowałeś spoko 😀 jestem wdzięczna że tyle osób na różny sposób życzy mi jak najlepiej i tak tez odebrałam Twój komentarz, nie napisałam szczegółów o swoim zdrowiu bo nie wszystko ma związek z bieganiem, a to już trochę zakrawa o publiczne zdejmowanie majtek 😛 więc jak ktoś nie wie co mi jest to pociesza i życzy jak najlepiej , może nie koniecznie uderzy w punkt problemu ale stara się 😉 więc jestem wdzięczna i cenię to i naprawdę nie jestem zła, a to że mało we mnie optymizmu to coś w tym jest. pozdrawiam ciepło

          • Tomasz Łęcki

            Cieszę się Kasiu że sobie wyjaśniliśmy. Nie pisz za dużo o prywacie bo kto ma wiedzieć ten wie, a kto ma się dowiedzieć ten się dowie. Zdrowie najważniejsze więc życzę go Wszystkim dużo, a najlepiej jak najmniej problemów z nim 😉 Trzymaj się ciepło i uśmiechaj się dużo 🙂 To też pomaga 😉 Do zobaczenia. Cale Bemowo trzyma kciuki 😀

  • moim zdaniem relacja napisana po prostu subiektywnie, pewnie tak jak bylo, bez wiekszych szczegolow. 🙂 wspolczuje rwy kulszowej i radze ci uwazac, bo to bardzo czesto przewlekla dolegliwosc. neurologiczne dolegliwosci po prostu takie sa. osobiscie mam dyskopatie ledzwiowa dajaca bardzo podobne obawy (rwe tez niestety mam za soba) i kiedy przychodzi ten moment, ze cos sie zepsuje i dzieje sie ten potworny bol, zwykle konczy sie tak samo-seria mocnych zastrzykow przeciwbolowych i przeciwzapalnych i seria masazy, cwiczen rozluzniajacych. odpoczywaj, bo ci sie nalezy! 🙂 duzo zdrowia!

  • Kasiu, bardzo nam przykro, że tak nieszczęśliwie zakończył się Twój pobyt na Jamajce. Jeżeli chciałabyś odczarować to miejsce, to zapraszamy na wyprawę razem z nami! W tym roku też będziemy na Reggae Maratonie 🙂 Więcej szczegółów dotyczących naszego wyjazdu znajdziesz tutaj: http://odkryjjamajke.pl/wyprawy/run-jamaica/

  • Alicja V

    Dzisiaj przeczytałam Twoją relację i uważam, że zrobiłaś to po mistrzowsku, tzn. obiektywna, rzeczowa, osobista, prawdziwa!!! Takie cenię najbardziej! Momentami miałam ciarki. Teraz wiem, że z Twoim zdrowiem już wszystko w porządku 🙂 Życzę Ci Kasiu dużo sukcesów sportowych i realizacji kolejnych marzeń, no i zdrowia. Pozdrawiam