trening

Podsumowanie miesiąca. Październik 2017

Szczerze, już na wstępie mogę napisać, że był to dobry miesiąc. Bez czarowania i na siłę szukania plusów, muszę przyznać, że w końcu odsapnęłam, bilans wykonanych założeń wyszedł na plus i pierwszy raz od dawna cały miesiąc mogę uznać za solidnie przetrenowany.

Trochę się bujałam ze swoją formą ostatnimi czasy. Raz szło lepiej, raz gorzej, ale kompletnie nie mogłam złapać rytmu. Październik, choć trudny, bo i pogoda już nie taka i treningi pod dychę niewesołe udało się zamknąć z uśmiechem na ustach i cały czas rosnącą formą.

Przez cały miesiąc trzymałam się stałych wytycznych. 4-5 treningów w tygodniu, w tym 2-3 akcenty, najczęściej wytrzymałość tempowa, szybkość, siła biegowa lub treningi kombinowane. Bartek pomagał mi wytrzymać rygor i tempo wielu treningów. Pomyślałam, że zacznę dokładniej opisywać co robiłam w danym miesiącu, co myślicie? Jak się przyjmie, postaram się utrzymać tendencję.

Pierwszy tydzień miesiąca był jeszcze mieszany. Poniedziałkowy trening tempowy 6 + 2 wyszedł szybko i lekko. Wtorek rozbieganie, środa basen, w czwartek w końcu czas na najmocniejszy akcent tygodnia 6+4×1 i tu niestety zawaliłam. Zrobiłam 4 km tempa walcząc z wiatrem i się poddałam. Od tego momentu aż do końca miesiąca wszystkie treningi właściwie były dyktowane warunkami atmosferycznymi. Próbowałam się do nich jakoś dopasować, biegać w mniej wietrznych godzinach, unikać otwartych przestrzeni, zamieniać jednostki. I tak skoro czwartek odpuściłam, w piątek musiałam odrobić siłę. Podbiegi mieszane z przebieżkami po płaskim, to fajny trening i szczerze polecam osobom znudzonym samymi podbiegami, którym brakuje dynamiki. Długi to trening i trzeba nieźle się nakręcić, ale siła to moja słaba strona więc staram się nie odpuszczać podbiegów i biegania w terenie. Trzeba jednak pamiętać by nie przesadzić z siłą, bo łatwo się zamulić. Dalej luz i niedzielne BNP w terenie, które śpiewająco zakończyłam tempem 3:50, a więc intensywnością na dychę. Ten jeden nieudany trening w obliczu całego tygodnia puszczam w niepamięć i idę dalej.

Drugi tydzień w założeniach miał być trochę luźniejszy. Rozbiegania średnio 10-12 km, czasem zamieniane na drugi zakres, bo jakoś brakuje mi cierpliwości na wolne bieganie, chyba, że naprawdę jestem mocno zmęczona. Z akcentów w planie dwa: 4×2 i niedzielne 800,1200,1600,1200,800, które ukończyłam na styk przed zaczynającym się meczem. Jak ktoś trenuje z Bartkiem od razu zauważył, że jest to jego pomysł na trening. Jest ciężki, ale oddaje 🙂 Było bardzo ciężko, wiało, a ja biegałam sama, w dodatku śpiesząc się by zdążyć przed meczem i zamknięciem bieżni. Udało się wykonać założenia i zamknąć kolejny tydzień na plus, ale ten trening kosztował mnie naprawdę sporo i z luźniejszego tygodnia zostało niewiele.

Kolejny tydzień zaczęłam rozbieganiem. Tam gdzie widzicie dwa biegające ludki, są to treningi z Justyną. Są luźne i nie za długie, można powiedzieć, że idealne dla mojej bazy tlenowej. W środę zrobiłam kolejny trening, z którego byłam cholernie dumna. 4 + 2+ 2×1. Na straży tego treningu stał Bartek i nie było szans bym pobiegła któryś odcinek za szybko. Samej przy tempie ciężko mi się kontrolować, nie do końca jeszcze czuję kiedy jest 3:50 a kiedy 3:55, a niestety te kilka sekund robi ogromną różnicę, bo mniej więcej tu leży mój próg tlenowy. A warto jeszcze wspomnieć, że rano miałam basen i zaczęłam już etap mocniejszego pływania. Dalej luźno, aż do soboty i 10x800m, które biegałam sama na S8. Miałam biegać na krótkiej przerwie, ale po trzech odcinkach wolałam wydłużyć przerwę niż z płaczem wrócić do domu. Wiatr wymęczył mnie strasznie i to bez słodzenia. Ostatni odcinek pobiegłam najwolniej, wolniej od planu minimum o 7 sekund, taka byłam wykończona, ale zrobiłam, co ceni moja głowa. Racja, gdy trening nie idzie warto odpuścić, ewentualnie na gorąco zmienić założenia, ale czasem warto zacisnąć zęby i dokończyć, by odpuszczanie nie stało się nawykiem. Następnego dnia miałam zrobić delikatne BNP, niestety osiemsetki zweryfikowały i ledwo ciągnęłam za sobą nogi, a do tego jeszcze z Bartkiem u boku i po lesie.

Przedostatni tydzień i początek nowego, albo ostatni trochę przedłużony czuję, że jestem na dobrej drodze, ale zmęczenie też daje się we znaki. Dawno tak zawzięcie nie trenowałam. Wtorkowe rozbieganie wyszło po 4:30, bliżej pewnie drugiego zakresu niż rozbiegania, ale nie miałam paska, dobrze się czułam, bez problemu rozmawiałam to biegłam, a tempo wyszło jakie wyszło. W środę musiałam zmieścić trening zaraz po basenie i między treningami, które prowadziłam,. 12 x 400, boleśnie, ale krótko. Po przebieżkach dogrzewających już widziałam, że noga nie będzie lekka. Pierwszy odcinek to potwierdził, miałam najwolniej biegać 1:25 na przerwie 200m , a wyszedł 1:27. Tu trzeba przyznać, że obecność Huberta na Agrykoli pomogła bardzo. Mój stary, dobry trener wiedział jak mnie zmotywować do roboty, resztę odcinków z założeniem biegałam najwolniej 1:24, najszybciej 1:20. Dalej dwa dni wolnego, pod rząd, co by nabrać siły na mocny trening sobotni. Do wykonania 6 + 4×1 i znowu klapa. Na bieżni nie byłam w stanie utrzymać tempa juz od pierwszego kilometra, więc zrezygnowałam po trzech i pobiegłam na kanałek dobiegać kilka kilometrów żeby chociaż dycha wyszła. Tam mniej wiało, więc udało się delikatnie przyspieszyć, wyszło 6 km w tempie 4:20-4:00, co ciekawe ostatnie 3 km pobiegłam szybciej niż pierwsze 3 na bieżni. Z tym treningiem zdecydowanie moja głowa sobie nie radzi. W niedzielę trochę sobie odbiłam i wyszedł zacny zakres po lesie Młocińskim w towarzystwie Griszy, który się rozszalał. Lało, wiało, miałam ochotę skończyć to jak najszybciej, więc cisnęłam 4:15-4:20, Bartek nawet nie protestował. Miała być dycha, później 12, 15, a wyszło 17. Dzięki temu Bartek już nie dokręcał, a ja nie musiałam wracać sama do domu. Taki był mój cichy plan i wypalił, a orkan został z tyłu!

Ostatniego dnia miesiąca zrobiłam rozbieganie i tym samym zamknęłam miesiąc mając na liczniku 228 km (moich treningów). Objętościowo najgrubszy miesiąc w roku, a i jakościowo nie ma do czego się przyczepić. Wolałabym trzymać się granicy bliżej 200 km, ale tu Bartek trochę mnie namawia by nie odpuszczać tak rozbiegań i nie ucinać ze strachu gdzie się da.

Do tego trzeba dołożyć pływanie, którego nie ma jeszcze dużo, ale z każdym kolejnym tygodniem dodaje metrów. Pływałam średnio 2-3 razy w tygodniu (sama, z trenerem 1:1, w grupie).

26 listopada chcę powalczyć o nową życiówkę na 10 km. Do tego czasu trochę się hamuję z pływaniem i rowerem, z drugiej jednak strony muszę powoli wrzucać więcej treningów, bo w 2018 czeka mnie spora próba, do której przygotowania musze zacząć jak najszybciej. Jaka to próba? Boję się jeszcze głośno mówić, póki co grzecznie trzymajcie kciuki za bieg na dyszkę.

Share:
  • mateusz kwiatkowski

    Witam
    Mogę prosić o wyjaśnienie treningu „4 + 2+ 2×1” to chodzi o 4 rozgrzewki potem 2k szybciej i ostatnie 2×1 max w tempie na 5k ? 🙂

    • Kasia GoRlo

      to trening tempowy – 4 km w tempie progowym + 2 km kilka sekund szybciej + 1 km vo2max, przerwy 2 min

      • Łukasz Naglak

        Morderczy 😜. Co do Października, dużo akcentów mało rozbiegań ale pewnie tak miało być 😉

  • wyczuwam połówkę w przyszłym roku :p

    • Kasia GoRlo

      😀 jakiś jasnowidz 😉

  • Artur Górecki

    Ostry miesiąc, widać że pracujesz nad tą mediolańską dychą. Kasia robiłaś sobie badania, jaką masz wartość VO2max w ml/kg/min? I jaką ma Bartek?

    • Kasia GoRlo

      robiłam, ale nie pamiętam dokładnie… gdzieś we wpisie o badaniach wydolnościowych powinno być 🙂