Inne

Ostatni dzień Festiwalu Biegowego w Krynicy i mój start w Koral Maraton

Festiwal w Krynicy trwa trzy dni. Do wyboru mamy w tym czasie biegi na przeróżnych trasach i dystansach. Znajdzie się coś dla lubiących asfalt, góry, ultrasów, maratończyków, zwolenników ścigania na krótszych dystansach, młodszych, starszych, całych rodzin, drużyn i indywidualistów. Podczas festiwalu w Krynicy nie mogą się nudzić ani biegacze ani kibice. Przyznaję, kusiło mnie wiele biegów. Długo zastanawiałam się nad biegiem po górach na dystansie 34 km. Dystans uznałam za dobry pomysł na debiut. Niestety weekend 11-13 wrzesień w moim przypadku, to dość niefortunny czas. Ostatnia prosta do Maratonu Warszawskiego, do którego przygotowywałam się przez ostatnie miesiące. Żal byłoby zmarnować tyle miesięcy pracy dla chwili słabości. Krynicę wpisałam w kalendarz czysto treningowo. Tak jak już pisałam KLIK, przyjechałam tu się pobawić bieganiem i odwalić dwa ciężkie treningi. Dycha poszła zgodnie z planem. Został niedzielny drugi zakres na zmęczeniu (o takim połączeniu treningów pisałam KLIK)Trening jest bardzo trudny, bo zmęczenie w nogach ogromne, jednak do pewnego poziomu do wytrzymania. Przez 25-30 km psychika poddaje się przynajmniej kilka razy, ale co się dzieje, gdy 30 km przeobraża się w cały maraton i to po górach! Muszę Wam o tym pilnie opowiedzieć!

koral maraton

Sobotni wieczór spędziłam rozkoszując się górskimi serami i śmiejąc z napiny Bartka, który w tym roku Krynicę potraktował jako start i świadomie nastawiał się na ściganie. Odpoczywał, jadł przyzwoicie i nie chciał napić się ze mną wina 🙁 W zeszłym roku wystartował w Koral Maratonie z podobnym nastawieniem jak ja w tym. Chciał zrobić trening, a ostatecznie skończył na mecie i pudle. Historia jak widać, lubi się powtarzać, mam jednak nadzieję, że na tym podobieństwa się skończą i Maraton Warszawski pójdzie mi lepiej. Oczywiście padło pytanie co zrobię, gdy okaże się, że biegnę w pierwszej trójce kobiet. Zaryzykuję i pobiegnę na miejsce, czy zejdę? Bez wahania odpowiedziałam, że zaryzykuję. Jeżeli nie będę musiała mocno się zmęczyć by utrzymać pozycję pobiegnę do końca. Ile razy w życiu będę miała okazję być w pierwszej trójce na maratonie? Wierzę, że wiele, ale jednak mniej niż szans na robienie życiówek. Strategia na niedzielny bieg była więc jasna. Biegnę średnio 4:25-30 przez łatwiejszą część trasy (14 km), a dalej będę walczyć, by ostatecznie zmieścić się w 4:40 do 30 kilometra. Jeżeli będę biegła w pierwszej trójce kobiet bez większego wysiłku, spróbuję to dobiec. Poszłam spać, marząc by jednak stawka przede mną była mocniejsza.

C_DSC08350

Start o godzinie 8.30 oznaczał pobudkę 5.30-6.00. Czarna kawa, dwie kanapki z miodem, jedna z dżemem, dwie godziny na przygotowanie się i jazda. O mojej wpadce z butami powinnam napisać oddzielną notkę, ale w skrócie sytuacja wyglądała tak: przez tydzień w Szklarskiej biegałam w butach bardzo lekkich, z małą amortyzacją, tylko takie miałam z uwagi na ograniczenia bagażowe (podróżowałam sama pociągami i autobusami przez cały tydzień). Po tygodniu moje stopy były już zmęczone tym minimalizmem i poprosiłam Bartka by wziął do Krynicy coś miękkiego. Padło na nowe Ultraboosty. Biegałam już w tym modelu wcześniej i większych problemów z nimi nie miałam. Nie jest to mój ulubiony but, o czym pisałam KLIKale dużego wyboru nie miałam. Chciałam jeszcze dać im szansę i sprawdzić na dłuższym treningu. Te buty mają jednak w sobie coś dziwnego, a mianowicie poza tym, że dla mnie są stanowczo za miękkie, przez pierwsze kilka biegów ranią stopy. Skarpetowa konstrukcja całej góry buta sprawia, że plastikowe elementy wiązania wbijają się bezpośrednio w nogi od wewnętrznej strony. Nie wiem, czy to problem ogólny, ale kilka osób potwierdziło moje doświadczenia. Później problem mija, ale pierwsze kroki są średnio przyjemne. Niby wiedziałam, niby się spodziewałam, a jednak wzięłam nowe buty na trening z opcją przebiegnięcia maratonu. Czemu to zrobiłam? Nie wiem, może miałam nadzieję, że będzie dobrze. Na mecie było gorzej niż byłam w stanie to sobie wyobrazić. Mam nauczkę.

Rozgrzewkę ograniczyłam do minimum i stanęłam w tłumie gdzieś po środku by zacząć bardzo spokojnie. Punktualne odliczanie, godzina wybiła i kilka tysięcy maratończyków i półmaratończyków poleciało. Pierwsze 10 km prowadziło trasą Życiowej Dziesiątki, a więc cały czas lekko z górki. Wiele osób już wtedy się podpaliło i mijając ich zastanawiałam się jak oni zamierzają poradzić sobie z tą gorszą częścią. Pierwsze kilometry biegłam naprawdę na sporym hamulcu, planowałam zbiec ciut szybciej, ale moje zmęczenie było większe niż myślałam i poniżej 4:25 nie mogłam wejść w rytm, do tego niestety czułam, że buty nacierają. Około siódmego kilometra półmaraton odbijał w lewo, a na trasie maratonu zrobiło się naprawdę pusto. Uśmiechy i rozmowy skończyły się bardzo szybko. W momencie rozdzielenia pierwszy raz usłyszałam, że biegnę jako trzecia kobieta. Za sobą miałam najszybszy fragment trasy, więc liczyłam, że w ciągu kolejnych 10-ciu kilometrów na pewno dogoni mnie jakaś biegaczka. Z taką myślą biegłam dalej. 10 km zrobiłam w niecałe 44 minuty, lekko, przyjemnie, praktycznie niezauważenie. Prawdziwy Koral Maraton dopiero miał się zacząć.

koral maraton profil trasy

Od jedenastego kilometra wiało w twarz i było cały czas lekko w górę. Nieśmiało przykleiłam się do pleców jedynego towarzysza w obrębie 200 m i tak sobie biegliśmy przez kilka kilometrów. Szybko jednak zostałam sama, czasem widziałam kogoś przed sobą, albo za sobą, ale na tym maratonie ciężko biec równym tempem, więc biegacze mijali się w zależności od części trasy. Ja byłam szybka na zbiegach i płaskich fragmentach, a na ostrych podbiegach byłam leszczem (trochę świadomie).

Na 14-tym kilometrze pojawił się pierwszy ostrzejszy podbieg, a wraz z nim pierwszy mój kryzys. Mniej więcej na 15-tym kilometrze zjadłam banana. Co kilka kilometrów słyszałam, że jestem trzecia, za sobą nikogo nie widziałam, a w kieszeni miałam jeden żel, na 30 km ok, ale na maraton bałam się, że będzie za mało. Stąd pomysł by jeść banany i pić izotoniki na każdej stacji – tak na wszelki wypadek gdybym jednak ten maraton musiała biec. Do 18-go cały czas biegło się w górę, a na zakończenie do pokonania jakieś 200 m ściany. Popatrzyłam i szczerze pomyślałam o zejściu z trasy. Nie sądziłam, że będą takie trudne fragmenty, nie byłam na nie gotowa. Ze łzami w oczach  się wczłapałam i spojrzałam na kibicujących wolontariuszy. Muszę przyznać, że byli niesamowici. Kibiców na trasie nie było za wiele, ale każda mijana osoba gorąco dopingowała. Punkty odżywcze były rozstawione co 2,5 kilometra, a wolontariusze na nich przekochani! Co 2,5 km pobudzali mnie na nowo swoją energią i zatroskaniem. Sprawiali, że uparcie dreptałam dalej. Za sobą ujrzałam kobietę, czyli jednak 30 km biegnę.

Na moje szczęście odcinek z podbiegami miałam za sobą, a przed sobą śliczny długi zbieg. Nie wiedziałam ile tego zbiegu jest, ale postanowiłam wykorzystać sytuację. 3:57, 4:09, 4:11, 4:19 to średnie tempo kolejnych czterech kilometrów. Odżyłam, po tym męczącym wbieganiu, miałam gdzieś rady dotyczące oszczędzania na zbiegach, chciałam jak najszybciej mieć ten bieg za sobą. Półmaraton zrobiłam w 1:35, a więc lepiej niż obstawiałam. Kasia, która biegła za mną zaczęła mnie wyprzedzać i wtedy ujrzałam pałeczkę (biegła w sztafecie). Głupia odetchnęłam. Z Kasią podałyśmy sobie ręce, życzyłyśmy powodzenia i biegłyśmy dalej (z tego co wiem to była wygrana sztafeta, a więc gratuluję). Wolontariusze z punktu na półmetku potraktowali mnie iście po królewsku. Gdy zaczęłam dobiegać, podbiegł do mnie starszy pan i zapytał co przygotować, krzyknęłam wodę, izotoniki i gąbkę. Nie tracąc praktycznie czasu opiłam się i schłodziłam wodą. Przez cały maraton czułam się jak zawodnik z elity. Wolontariusze na trasie byli nieocenieni. Podobnie jak kibicujący mieszkańcy. Dzieciaki tak żywo reagowały na pojawienie się kolejnych biegaczy, że głupio mi było myśleć tylko o sobie i z każdym przybijałam piątkę, a dorosłym dziękowałam z uśmiechem.

Wszystko co dobre, w końcu się kończy. Zbieg się skończył, od 24 kilometra zastąpił go długi fragment na otwartej przestrzeni, pod silny wiatr i cały czas lekko w górę. Pocieszałam się, że nie muszę biec na życiówkę w takich warunkach. Gdy mijałam kościół akurat wyszli ludzie, wszyscy, starsi i młodsi zaczęli mi bić brawo. Pomyślałam, Boże mój bieg w Twoich rękach, poczułam, że to będzie szczęśliwy dzień (a nie należę do osób religijnych). Przede mną i za mną zrobiło się pusto. Do 30 go kilometra nie widziałam właściwie innych biegaczy. Wiatr mnie wykańczał, ale biegłam stałym, bardzo spokojnym tempem (4:50). Nogi bolały mnie okrutnie, zerkałam czy krew nie wylewa się bokami. Zaczęłam jeść żel na 25-tym, Power Bar 100 cola +100 mg kofeiny – smakował obrzydliwie, ale myślę, że był dobrym kopem w tym momencie. Dreptałam kilometr za kilometrem, w górę, na otwartej przestrzeni, z obolałymi nogami, za mną w oddali widziałam jakieś osoby, czy jest tam kobieta i mogę zejść z trasy? Nie miałam pojęcia. Ustaliłam sama ze sobą, że jak na 30-tym mnie nie wyprzedzi to biegnę do 33-go, może tam mnie złapie? Zbliżając się do trzydziestki modliłam się o zostanie wyprzedzoną, to był fragment trasy gdzie wbiegało się jakieś 300 m w górę i robiło nawrót w dół, nie widziałam za sobą nikogo, a więc ze 3 minuty przewagi na pewno miałam. Biegłam dalej, stopy mnie bolały, ale przypomniałam sobie słowa Henryka Szosta, który w jakimś wywiadzie przyznał, że jak biegnie maraton w pewnym momencie bolą go nawet włosy. Pomyślałam więc, że same stopy to jeszcze nic.

Bariera została przekroczona. 30 km pokonałam, a więc trening zaliczyłam. Przeliczyłam w głowie, że to dało mi 105 km w tygodniu. Biegłam jednak dalej. Powoli robiło się jasne, że pobiegnę ten maraton do końca. Maraton? Mój pierwszy od półtora roku maraton pobiegnę sobie ot tak z treningu, w nowych butach, w górach, na bananach, rozmawiając z kibicami, z dychą poniżej 40 minut zrobioną niecałą dobę wcześniej? Zaczęłam sama z siebie się śmiać i myśleć, co ja powiem swoim czytelnikom? Co z magią dystansu? Co z Warszawą? Do 34-go biegłam ustalone 4:50, ze sporym zapasem siły, ale nie chciałam ryzykować bez sensu. Ścigać się nie musiałam, o życiówkę nie walczyłam. Im wolniej pokonam ten maraton, tym więcej siły zostanie mi na Warszawę. Adrenalina uderzyła do głowy, zapomniałam o stopach i biegłam przekonana o słuszności swojego wyboru aż do 35-go.

Tragedia. Od 35 -go kilometra zaczęła się istna masakra. Jakieś 4 kilometry ostro pod górę, bez wypłaszczeń, bez zbiegów, wyżej i wyżej i tak bez końca. Ja nie znałam trasy, nie wiedziałam kiedy to się skończy! Co 100 metrów miałam nadzieję, że to już tu – za tym zakrętem będzie koniec, a tam nie było końca! Każdy podbieg oznacza zbieg, pocieszałam się w myślach. Przechodziłam do marszu i byłam zła na siebie, że postanowiłam biec to do końca. Przede mną 100 m jeden biegacz, za mną jakieś 200 m kolejny. Wszyscy cierpią. Zdałam sobie sprawę, że idąc pokonuję ten podbieg szybciej niż pan wbiegający przede mną. Odwracałam się i modliłam by mojej tragedii nie dopełniła obecność biegaczki za plecami. Zostałabym wtedy durniem roku! Zachciało się trzeciego miejsca i przegrać na ostatnich kilometrach! Dobra truchtam. Prawa, lewa, hop, hop. Mija mnie rowerzysta i krzyczy, że już tylko 1800 metrów zostało! 1800 metrów!!! Nie no idę, nie podbiegnę tego. Co ja sobie zrobiłam. Kurde, góry, góry, gdzie ja w góry! 5:19, 5:10, 6:29, 5:47 – cztery kilometry pod górę z przerwami na marsz i wymachiwanie pięścią do siebie samej.

runtheworld

Uffff Jak dobrze, że każdy podbieg oznacza zbieg. Jakie to szczęście, że organizatorzy maratonu wliczyli ten upragniony zbieg w trasę maratonu. Spojrzałam za siebie, nikogo. Spojrzałam przed siebie, droga w dół. Cisnę! To już tylko cztery kilometry! Nogi jak z ołowiu na początku nie chcą przyspieszać na zbiegu, ale nie odpuszczam im. Chcę mieć to wszystko za sobą! Jak najszybciej chcę już być na mecie! Od 38,5 kilometra zaczął się zbieg, który pokonywałam średnio tempem 3:50-4:10. Chciałabym zawsze finiszować maratony z takim zapałem i energią. Dobiegając do mety prawie tańczyłam ze szczęścia! Przybiłam piątkę ze spikerem i bieg zakończyłam z czasem 3:17:54 netto.

runtheworld

Zajęłam 3. miejsce wśród kobiet i do tej pory nie wiem jakim cudem ja to dobiegłam. Bartek na mnie już czekał, dobiegł jako drugi. Zatrzymałam się i radość mnie opuściła. Stopy! Co z moimi stopami! Usiadłam i zaczęłam zdejmować buty. Zobaczyłam prawą stopę i chciałam cofnąć ten maraton. Sanitariusze opatrzyli ranę, drugiego buta wolałam nie zdejmować, bo wracałabym kompletnie bosa (nie mogłam włożyć buta na nogę), a tak szłam przynajmniej w jednym bucie. Bolało, ale przebiegłam maraton i zajęłam trzecie miejsce, więc cieszyłam się i dumnie kroczyłam bosa deptakiem w Krynicy.

runtheworld

Jak się czuję po maratonie. Jak się mają moje stopy? Co planuję w Warszawie? Wszystko wytłumaczę w kolejnym wpisie. Dla zaspokojenia ciekawości wspomnę tylko, że mięsień nie ucierpiał żaden. Zero „zakwasów”. Jestem w świetnej formie, jeżeli stopy się zagoją, dam z siebie wszystko za 12 dni.

Bardzo dziękuję wszystkim kibicom na trasie i wirtualnym oraz wolontariuszom. Bez tego wsparcia pewnie zeszłabym już po 14-tym kilometrze, a tak donieśliście mnie!

Pozdrawiam!

 zdjęcia: MaratonyPolskie.pl

Share:
  • Urszula Kalinowska

    Mam nadzieję, że Twoje nogi sie szybko zagoją do Pzu Kasiu!

  • Ewell.ka

    Kasiu! 🙂 genialna relacja! opis Twoich myśli z biegu – przefantastyczny! uśmiechałam się pod nosem czytając, choć wiem, że pewnie podczas biegu do śmiechu Ci nie było 🙂 dziękuję!
    trzymam kciuki za Maraton! jest forma!
    z niecierpliwością będę czekała na relację! 😀
    pozdrawiam!

  • justyna

    Jesteś szalona! 🙂 Gratulacje – za walke do konca i za to miejsce. I… to juz tylko 12 dni powiadasz. Ja robię tego dnia tylko przełajową połówkę i jestem na pewno lepiej przygotowana niż do poprzedniej, ale i tak muszę te 12 dni wykorzystać lepiej niż dzisiejszy 🙂

  • Pingback: Koral Maraton 2015 – część druga relacji - warszawskibiegacz.pl()

  • runwithmum

    Wow! To niezły spontan..;-) Gratuluję i życzę powodzenia na kolejnym maratonie!

  • Uysy

    „Treningowo”, „nie planowałam” – oboje macie niezłe poczucie humoru 🙂 Gratuluję!

  • Jesteś niesamowita! Gratuluję 🙂

  • Jarek Kukurowski

    Wracam do Ciebie (mowa o czytaniu bloga 😉 ) po dłuższej przerwie, a tu taki WPIS !!!! GRATULACJE !!!