motywacja

Marathon Bahamas, relacja z biegu

Wiecie już z tego wpisu, że maraton na Bahamach musiałam przebiec w innej formule niż zakładałam przy zapisach. Wróć! Nie musiałam, chciałam. Czego się spodziewałam, a co dostałam na trasie? Jakie emocje towarzyszyły mi na biegu i za metą? Czy udział był dobrym pomysłem i pomógł mi zrozumieć coś ważnego? Zapraszam do czytania relacji!

Niczego nie oczekiwałam. Nie stresowałam się aż do ostatniego dnia. Do momentu gdy sobie przypomniałam ile kilometrów ma maraton! Wtedy automatycznie włącza się stres przedstartowy. Podekscytowanie, zdenerwowanie, niepewność i entuzjazm w jednym. Żołądek się zaciska, odlatujesz myślami i nie możesz skupić się na najprostszych czynnościach. No tak, niby ma być lekko, zabawa, może nawet galołej, a organizm swoje. Hello! Nie wariuj, przecież tu nic na siłę…. No tak, ale jednak to 42 km i 195 m. To dużo i naprawdę trzeba być gotowym fizycznie i mentalnie.

Wiedziałam, że nie będę walczyła tu o wynik. Nie było mi z tego powodu przykro. Od miesiąca żyłam w przekonaniu, że ja tu nie pobiegnę, więc jak już wiedziałam, że pobiegnę nie czułam specjalnego entuzjazmu. Chciałam zdrowo dobiec do mety, wziąć medal i rozpłakać się z emocji. Tylko tyle. Chciałam odnaleźć spokój, a ból fizyczny wydawał mi się najlepszą receptą. 

Na linii startu stanęłam spokojna. Uzbrojona w trzy żele i z czuwającym zegarkiem czekałam na strzał startera.

Nie było tłumów. Maraton, półmaraton i sztafety ruszały razem punkt 6:00. Jakieś 1,5 h przed wschodem słońca. 

Zaczynamy! Biegnę od początku na samopoczucie. Pierwsze dwa kilometry mijają po 4:30, czuję się świetnie, ale wiem, że to nie potrwa zbyt długo. Serce – super, ale mięśnie to inna para kaloszy. 3 i 4 km musieliśmy pokonać dwa długie podbiegi, tu zwalniam by wystarczyło paliwa chociaż do dziesiątego kilometra. To był plan minimum. Jeżeli przekroczę 10ty kilometr bez przechodzenia do marszu to już mogę być spokojna o zmieszczenie się w limicie, nawet idąc dalej 32 km. I tak zrobiłam! 10 km pokonałam średnim tempem 4:35. Co za emocje! Zupełnie inaczej niż zwykle. Przede mną jeszcze tyle kilometrów, a ja już się cieszę, że mam to w garści! 

Łapię wiatr w żagle i kolejne 5 km biegnę w transie, lubię to. Szkoda, że tak krótko. Najlepszy trans trwa przez cały maraton, wtedy nie myślisz o niczym, nic nie boli. Wsłuchujesz się w rytm swoich kroków i oddech. 

15ty kilometr i koniec transu. Mijam punkt gdzie grają Michaela Jacksona i łzy napływają mi do oczu. Zaczyna mnie zatykać i sama siebie doprowadzam do porządku. Później popłaczesz. Teraz musisz jeszcze trochę pobiec.

Tempo średnie mam poniżej 4:40, myślę, że dalej nie jest źle. Zaczynam się zastanawiać czy wynik między 3:20-30 jest realny. To byłoby coś na ten moment.

Cały czas jednak zwalniam. Nogi szybko się męczą, wiatr dokłada swoje. Nie czuję aż takiego gorąca, bo biegnę na dość niskiej intensywności. W pewnym momencie nawet chyba przesadziłam z ilością przyjmowanych płynów w stosunku do poziomu wysiłku i zaczęłam czuć potrzebę skorzystania z toalety, a mokra koszulka chłodziła mój brzuch tak mocno, że zaczęła łapać mnie kolka. Podwinęłam koszulkę, korzystałam z co drugiego punktu odżywczego (były co milę) i opanowałam dolegliwości.

Niestety słabnących nóg i wiatru, który wiał non stop w twarz nie mogłam opanować. Zaczynałam mieć dosyć. Serio? Maraton na Bahamach, a ja od 15 km walczę z wiatrem? Nie ze słońcem czy wilgotnością, a wiatrem?! Wynik, kilometry, pal licho, ale widoki! Choć piękne, bo w większości trasa prowadziła wybrzeżem, ciężko podziwiać, gdy do mózgu dociera tylko jedna informacja: mooooooje ngi. Na 20tym wpadł pierwszy galołej (jakieś 100 m marszu). Z dedykacją dla Marcina Wacko.

Czekałam na nawrót z wielką nadzieją. Myśl o nawrocie nie pozwalała mi się zatrzymać. 

Minął mnie pierwszy mężczyzna, a kilka minut za nim Bartek. Wyliczyłam nawet różnicę, przystanęłam i krzyknęłam, ale Bartek machnął tylko ręką, że nie ma co gonić. 

Wtedy też zrozumiałam, że do upragnionego nawrotu muszę mieć jeszcze, potocznie mówiąc w cholerę. 

Minęły mnie też z naprzeciwka prowadzące kobiety. Jeszcze kilka tygodni temu miałam być tam i ja. Ile może zmienić się przez kilka tygodni… Właśnie tego doświadczałam.

Tempo spada, nogi bolą, a wiatr wieje. Ogólnie jest słońce i jest ładnie też 🙂 Do 25go zaliczyłam jeszcze ze 3 galołeje. Tempo mam cały czas poniżej 5:00 i z tego powodu jestem zadowolona. Wiem jednak, że jak nogi mnie bolą już teraz, to później zwolnię jeszcze bardziej. Cała nadzieja w nawrocie. Z wiatrem to pocisnę na pewno mocniej. 

W końcu dobijam do nawrotu (27-28 km). Nawrót, mała górka, jest z wiatrem, kilometr mija w 4:40 i boom! Znowu pod wiatr!!! K*#%^* co jest? Czy na 42 kilometry 35 muszą być pod wiatr? Przecież to nieludzkie! 

30ty kilometr mijam z umierającą nadzieją , zła na siebie i w sumie trochę zaskoczona, że aż takie słabe mięśnie mam. Cierpię w 100% fizycznie. Nie ma mowy o jakimś duchowym katharsis, czy walce o wynik. Całą uwagę skoncentrowałam na przetrwaniu tego fizycznie. Prawie jak na debiucie, tylko mimo wszystko prawie godzinę krócej. Jest to poniekąd pocieszające.

Spodziewałam się podobnych wrażeń jak na 1/2 Ironmana, a dostaję lanie jak na pierwszym maratonie. Maszeruję co chwilę z dwóch powodów. Bolą mnie wszystkie mięśnie w nogach, no i chcę być w miarę gotowa na kolejne dni zwiedzania (im dłużej bym biegła tym gorzej dla regeneracji). Widzę, jak tempo zawrotnie zbliża się do bariery 5:00. Wynik 3:30 jest kuszący i w zasięgu. Niby. Może to nie życiówka, ale to ładny wynik. Taki równy i w ogóle. Gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem, warto powalczyć do końca… o cokolwiek. Złapać się jakiejś dobrej myśl, skupić na czymś konkretnym. Wtedy wejdzie nam to w nawyk i nie będziemy tak łatwo odpuszczać na innych biegach czy w życiu. 

Podejmuję decyzję by trzymać ile mogę i pilnować tych 3:30. Staram się mniej maszerować z innego powodu – im mniej marszu tym szybciej będę na mecie, a im szybciej na mecie tym krócej będą bolały nogi. Czyż to nie wspaniałe?

Trzymam się, ale uwierzcie nie jest łatwo. Wiem wiem, że dla niektórych 5:00 to szybko, a dla innych z kolei super wolno. ale pamiętajcie, że jest wartością relatywną. Oczywiście, że to wynik dużo poniżej mojej życiówki i oczywiście to wynik mega fajny z punktu widzenia wielu osób. Jeden wynik, a dwa różne odniesienia. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia.

Nogi mnie bolą za wszystkie czasy. Obejmuję taktykę, że na 200 m marszu muszę przebiec przynajmniej kilometr. W głowie nie mam żadnych głębszych myśli poza tym żeby to dociągnąć do końca. W pewnym momencie trochę puszcza zmęczenie i przebiegam 3,5 ciągiem! Aż widzę przed sobą rondo i nie mam pojęcia, w którą stronę biec więc postanawiam je przejść i poczekać na jakiegoś przewodnika 😉 Przewodnik przybył więc ja mu ciach na plecy, a za rondem wiatr w oczy, więc ja znowu ciach do marszu. Dżizas co Ty Kaśka sobie myślałaś? No nie myślałam, że 3 tygodnie wystarczą by stracić to co wypracowałam przez 3 miesiące. A jednak! Wystarczyły!!! Niby troszkę wiedziałam, że będzie ciężko, ale liczyłam na jakąś mega walkę głową, wizualizacje, to duchowe katharsis, o którym wspominałam już wcześniej. Przecież maraton sam w sobie jest już magiczny, czemu nie czuję tej magii na trasie?

Ostatnie dwa kilometry pokonuję ostatkiem sił. Kilkaset metrów przed metą. Dokładnie trzysta. Ponad czterdziestu kilometrach biegu te ostatnie metry są bardzo ważne i dokładnie monitorowane co kilka kroków. No więc trzysta metrów przed metą widzę Bartka. Macham żeby nie robił zdjęć, bo zdaję sobie sprawę jak żałośnie wyglądam. Poskładana i ledwo przebierająca nogami. Śmieję się sama z siebie i opowiadam jak to mnie nogi bolą i ja nie wiem czy do tej mety dotrę. Droczę się, choćby pieszo to wiem, że dotrę. To 300m – taki niecały stadion…

No i docieram w końcu. Metę przekraczam z czasem 3:35:15. Czy wspominałam, jak bardzo bolały mnie nogi przez większość biegu? Chwyciłam piękny medal (którego piękno przyciągało mnie przez te 42 km i 195 m) i ruszyłam do oceanu. Usiadłam w wodzie po pas i czekałam aż mnie przestaną boleć mięśnie. 

Zero katharsis, ale szczęście, że dotarłam do mety i zgarnęłam fajny medal oraz muszlę za kategorię wiekową było. Ok, na duchu też trochę lepiej mi się zrobiło, bo dobrym humorem tryskaliśmy z Bartkiem do końca dnia. 

A krótko o samym maratonie na Bahamach?

Jest to z pewnością ciekawy kierunek turystycznie. Biegowo jednak warto przygotować się, że nawet zimą (czyli tak jak my byliśmy) jest tam ciepło i wilgotno. Sama nie wiedząc kiedy opaliłam nogi w nieposmarowanych miejscach tak mocno, że poparzenia trzymały dłużej niż zakwasy… Tak sobie myślę, może to skóra, a nie mięśnie bolały mnie tak podczas biegu? 😉

Profil trasy nie jest najtrudniejszy (około 200 m przewyższenia), ale można trafić na mocny wiatr. Tak jak my. Wiatr nie dość, że dokuczał na trasie, to przyczynił się do odwołania rejsów na sąsiednie wysepki Bahamów przez kolejne kilka dni (aż do naszego wyjazdu). W ten oto sposób nie zobaczyłam najważniejszej rzeczy – wyspy pływających świnek. Mała rada ode mnie – jeżeli ktoś wybiera się na Bahamy niech nie zwleka z wycieczką na Exumę! 

A atmosfera podczas biegu?

Uczestników jest niewielu (może ze 2 tysiące osób łącznie), a więc biegnie się głównie samotnie, czasem mija się pojedyncze osoby, ale ciężko mówić o grupkach. Punkty świetnie zorganizowane, co milę był izotonik i woda, później także gąbki i żele. Oznaczenia mil też w porządku, z zabezpieczeniem trasy bym podyskutowała – ronda trzeba było pokonywać z pamięci (jak ktoś zapoznał się z trasą), na czuja lub czekając na przewodnika, jak to czyniłam czasem ja. 

Samych kibiców też niewielu – głównie na punktach odżywczych. Na mecie fajna energia, super medale, występ lokalnych „tancerzy”, woda, pomarańcze, piwo (które skończyło się po 3 godzinach), plaża… no ma to swój urok. Bez wielkiej pompy i ostrzegam, dość drogo jak na to co znajdziecie w pakiecie i za metą.

Czy jest to maraton z cyklu tych wow? Myślę, że nie, ale przy okazji wakacji na Bahamach warty rozważenia.

Share: