Natchnęła mnie ostatnia rozmowa z Bartkiem, w której żartowaliśmy ze swoich biegowych dziwactw. On nie może pojąć, jak można biegać zawsze przynajmniej sekundę szybciej niż plan zakłada, a ja odpowiadałam gestem zwycięzcy, który Bartek wykonuje za każdym razem, gdy wpada na metę. Niby w bieganiu nie ma nic specjalnie wyróżniającego, poza tym, że jeden biega szybciej, drugi wolniej, ale jak przyjrzeć się bliżej naszym rytuałom, przyzwyczajeniom i innym dziwactwom biegowym, każdy z nas jest inny.

Chorobliwa perfekcja

Może powinnam łagodniej nazwać swoją przypadłość, zanim posypią się psychoanalizy, ale co ja będę udawać. Nie potrafię biegać poniżej założeń. Jeżeli mam do zrealizowania konkretne tempo, staram się zawsze trzymać lekki zapas, rzadko biegam co do sekundy, a poniżej? Zdarza się 2-3 razy w sezonie i jestem wtedy na siebie zła, potrafię nawet przerwać trening. Walczę z tą przypadłością, bo na odcinkach, gdy musze uzyskać tempo na szczycie swoich możliwości trzymanie zapasu kończy się kompletnym zajazdem i jest to dość stresujące. Pomaga mi bardzo prowadzenie biegu przez kogoś, wtedy na chłodno trzymam się pleców, przyznaję zdarza się na ostatniej setce wyrwać. Z jednej strony jest śmiesznie, gdy masz biegać 10×300 po 60 s, a wychodzi 10x 57-58. Nawet nie chcę sobie wyobrażać uczucia gdy widzę 1:01! Z drugiej, mimo wszystko próbuję szukać w sobie więcej luzu. A może to nie kwestia spięcia, tylko ja ogólnie lubię mieć wszystko poukładane (poza ubraniami w szafie)? A może to pomaga w bieganiu na zawodach? Ach! Zasada trzymania zapasu nie dotyczy biegów spokojnych, gdy wychodzę by pobiegać dla rozluźnienia – wtedy często nawet nie patrzę na zegarek. Druga sprawa ten zapas to dosłownie 1-3 sekundy, nie 15, które przekreślają założenia treningowe.

O co chodzi z tymi sekundami?

Jako dziecko byłam świetna z matematyki. Zeszyty zadań I ty zostaniesz Pitagorasem rozwiązywałam pasjami, z programem potrafiłam pójść dwa lata do przodu, a później coś się zmieniło… zostałam humanistką i tak mi zostało do dziś. Gdy biegam nie umiem liczyć. Potrafię źle przeliczyć tempo min/km na ilość sekund na setkę, ale to jeszcze pikuś biorąc pod uwagę, że i tak trzymam zapas. Jak jestem bardzo zmęczona, biegnę i muszę kalkulować, z jednej minuty potrafię zrobić 100 sekund! Ja nie wiem jak ja to robię, ale już kilka razy się złapałam na tym.

Kto wymyślił legginsy 3/4?

Jeżeli miałabym wymienić jedną rzecz, której nie jestem w stanie zaakceptować w biegowej garderobie – byłyby to legginsy 3/4. Zdarza się, że ubieram je na zawody zimą, ale z reguły i ch nie znoszę. Mało funkcjonalne i nogi wyglądają w nich jak krótkie parówki. Na facetach jest jeszcze gorzej – nie do zaakceptowania.

Kolor ważna rzecz

Niby to tylko trening i wszystko idzie po nim do prania, a zmęczona i spocona z pewnością nie wyglądam jak księżniczka, wychodząc na trening lubię w pierwszej kolejności czuć, że wszystko ze sobą współgra i dobrze wygląda. Co tam pogoda, samopoczucie, tempo – to wszystko drugorzędne sprawy, jeżeli nie dopasuję kolorów i materiałów, komfort treningu zostaje zaburzony. Druga sprawa to neony – na kompresach lata temu jeszcze byłam w stanie znieść neony, dziś nawet znaczki na skarpetkach neonowe mnie irytują 😉

Czyścioszek?

Zdarza się, że siedzę w pracy bez brania prysznica po porannym treningu. Wahałam sie, czy wam o tym pisać, ale przecież ja się nie pocę i nie śmierdzę, więc co za różnica 😉  A jest to spora oszczędność czasu. Bywa, że trening kończę punkt 9:00 i wtedy siadam od razu do pracy. Spokojnie, pójść spać bez kąpieli jeszcze mi się nie zdarzyło – nie jest tak źle.

Przekleństwo nie do zaakceptowania

Utratę paznokcia uważam za tragedię narodową. Poza kilkoma sinymi, które w spokoju sobie dalej rosły, do tej pory nigdy nie walczyłam z poważniejszymi urazami. Aż do zeszłego miesiąca! Historia bardzo drastyczna, nie wdając się w szczegóły, dam wam przestrogę, by z odrywającym się paznokciem nie pływać na grzbiecie i nie wskakiwać pod kołdrę z impetem, bo skończy się tragicznie! Fatalnie, strasznie mi smutno, że dołączyłam do tego niechlubnego grona bezpaznokciowców, płakałam długo i głośno cały wieczór z żalu, obrzydzenia i bólu.

Śpiąca królewna

Gdy ktoś mnie pyta: o czym myślę gdy biegam, albo o czym myślę podczas maratonu, zwykle nie pamiętam. Czasem zapamiętuję urywki moich myśli, na przykład jak liczę do czterech. Potrafię w takim transie biec dobrych kilkanaście kilometrów? A może cały maraton? Nie pamiętam. Nawet jak myślę o czymś innym, raczej to nie są super głębokie myśli. Na truchtach owszem, rozkminiam połowę swojego życia, na zawodach i treningach jest bardzo zadaniowa.

Osobliwa technika biegu

Mam bardzo charakterystyczny ruch prawej ręki, którego za nic nie mogę się pozbyć. Biegam z ugiętą ręką w nadgarstku i podwiniętą dłonią. Podwijanie dłoni przenoszę niestety też na pływanie i wtedy obrywa mi się za “pływanie na T-Rexa”. Do dziwactw techniki mogłabym dodać jeszcze wyraz twarzy na bukę podczas zawodów.

Więcej dziwactw nie pamiętam. Jak obserwuję braci Olszewskich uwierzcie, że jestem całkiem normalna. Bartek z Pawłem na przykład zawsze idą do fryzjera na dwa dni przed startem 😉

A jak u Was? Macie jakieś swoje biegowe dziwactwa?

Share: