dieta

Jedzmy i kochajmy się, czyli trochę szacunku do cudzego talerza

W końcu zdecydowałam się ugryźć ten temat. Pewnie pożałuję zaraz po publikacji, ale co mi tam. Jak ostatnio sama tłumaczyłam komuś bliskiemu: nie bój się być sobą, nie patrz na to, co o tobie myślą inni, bo nie zawsze będą myśleć dobrze, nie zawsze będą ciebie lubić, jeszcze nie raz spotkasz się z krytyką i nienawiścią ze strony innych, jeszcze nie raz ktoś cię oceni po pozorach – tacy są ludzie. Przejdź przez to i bądź sobą. Inne, nie znaczy gorsze.

Wstęp dość głęboki jak na wpis o diecie, ale tak często się czuję będąc na diecie bezglutenowej. Czuję się napiętnowana i boję się być sobą. Mam siostrę wegankę (100% wege, nawet czerwone słodycze odpadają, bo mają barwnik z  robaczków) i czasem wspólnie śmiejemy się, że Jej dieta, która ma podłoże czysto ideologiczne jest traktowana z większą sympatią, niż moja bezglutenowa, która ma podłoże zdrowotne. Marta nie boi się manifestować swojej inności, ja wolę trzymać się na uboczu i nie rzucać w oczy ze swoją dietą. Sprawa nie jest łatwa, gdy prowadzi się bloga, ale jakoś sobie radzę już trzeci rok. Nigdy nie kryłam, że jestem bezglutenowa, ale też nigdy nie napisałam wprost na blogu, czemu, od kiedy i jak się czuję. Nadszedł dzień by to zmienić.

Na diecie bezglutenowej jestem trzeci rok. Przejście na dietę zakończyło ciężkich kilka lat mojego życia. Każdy przypadek jest inny, od dolegliwości, po diagnozę, różne osoby, różnie to przechodzą. Powody, dla których ludzie decydują się na dietę eliminacyjną też są różne, nie tylko zdrowotne. Tym wpisem nie chcę nikogo oceniać ani przekonywać do słuszności albo wyższości jakiejkolwiek diety. Nie oczekuję uznania ani współczucia. Wpis też nie jest wyrazem mojej nadwrażliwości, ok, może trochę. Prowadzę bloga o bieganiu i poza tym, że kocham sport i życie w zgodzie ze sobą i światem, nie godzę się na brak wzajemnego szacunku, szczególnie tak mocno widocznego w sieci, stąd czasem wychodzę poza pisanie o bieganiu i zamieniam się w blogera z poczuciem większej misji i tak dziś  postanowiłam napisać o podejściu do zawartości talerza drugiego człowieka i diecie bezglutenowej.

Mój przypadek bardzo długo był trudny do zdiagnozowania, a komfort życia daleki od ideału. Gdy w końcu poczułam się lepiej, staram się jak najrzadziej wracać do przeszłości, nie lubię o tym mówić, pisać ani myśleć. Czuję się dobrze i nikomu nic do tego, a jednak… czasem kogoś boli, że nie jem glutenu, bo modne jest nie jeść, a jeszcze modniejsze jest krytykowanie tego co robią inni. No to mówię głośniej. Za dzieciaka rodzice myśleli, że jestem symulantem, który ciągle skarży się na bolący brzuch, a niska waga i specyficzna przemiana materii, to po prostu mój urok. Gdy zaczęłam dorastać było coraz gorzej, w liceum moja paczka, w końcu przyzwyczaiła się, że co ranek usłyszy magiczne słowa: „boli mnie brzucho”, na studiach opuszczałam wiele zajęć szczególnie tych porannych albo zgięta w pół z bólu urywałam się wcześniej. W końcu byłam już na tyle dorosła, że postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i coś zrobić z tym  brzuchem. Przechodziłam przez różne badania, diagnozy, zalecenia. Niektóre pomagały, inne pogarszały sprawę. Zmieniałam lekarzy, przerywałam poszukiwania rozwiązania problemu, gdy było gorzej wracałam i tak doszłam do momentu, gdy nie byłam w stanie normalnie żyć. Mdlałam z bólu na spotkaniach ze znajomymi, w centrach handlowych, na koncertach, weselach, trafiałam do szpitala z powodu bólu brzucha (wiecie jak patrzą n ciebie wtedy inni ludzie?), w pracy już nie wiedziałam jak mam się tłumaczyć. Czułam się coraz gorzej psychicznie i fizycznie. Nie wiedziałam co robić, do tego mało kto rozumiał jak męczące jest takie życie i mieli mnie zwyczajnie dosyć. Sporo osób nie zdaje sobie sprawy, jak uprzykrzające potrafią być objawy przeróżnych nietolerancji pokarmowych, jak intensywny może być ból brzucha, jak tragiczne mogą być skutki lat złego odżywiania. Jak ciężko jest, gdy co drugi dzień nie jesteś w stanie wyjść z domu, albo w ostatniej chwili musisz odwołać spotkanie. Najlepiej czułam się, gdy nie jadłam. Potrafiłam przez cały dzień zjeść tylko serek albo ryż z marchewką. Biegałam też głównie na czczo. Moje pierwsze dwa maratony zrobiłam na pusto, tylko w ten sposób byłam w stanie biec dłużej bez zatrzymywania się w toalecie. Odbiło się to wszystko mocno na mojej psychice. Byłam chuda, znerwicowana, coraz bardziej izolowałam się od ludzi, w pewnym momencie została przy mnie tylko Magda, która dobrze wiedziała przez co przechodzę, rozumiała, gdy nie było mnie na porannych zajęciach, albo wychodziłam z imprezy wcześniej. Tłumaczyła mi, że nie powinnam dać sobie wmówić, że mój brzuch to choroba psychiczna i dociekać prawdy do końca. Tak w końcu pewien lekarz przejął się moim stanem i ostatecznie rozwiązał problem. Zrobił badania krwi z oznaczeniem przeciwciał i biopsję jelita (wcześniej miałam jedną, ale nie wyszło nic konkretnego), wyszło, że mam celiakię i muszę wyeliminować z diety gluten. Zabrzmi to kosmicznie, ale moje problemy zniknęły z dnia na dzień. Przy okazji eliminacji glutenu musiałam zrezygnować też z wielu innych produktów, by mój organizm się zregenerował. Na jakiś czas zniknęła z mojej diety laktoza, rzeczy smażone, ciężkostrawne, alkohol. Do wielu rzeczy już wróciłam, ale np. mleko piję rzadko, bo się odzwyczaiłam od smaku. W bieganiu wystrzeliłam mocno do góry. Uregulowała się moja gospodarka hormonalna i stan emocjonalny.

Nie wiem, czy to wszystko jest kwestią glutenu. Nie znam się. Opinie lekarskie też się zmieniają. Może okaże się za 10 lat, że wystarczy jedna magiczna pigułka, a dieta bezglutenowa to faktycznie tylko efekt placebo? Nie wiem, naprawdę nie wiem i nie chcę w tej kwestii się wypowiadać. Wiem tylko, że na tej diecie żyje mi się lepiej, a skoro jest mi lepiej, to po co mam drążyć, kombinować i coś zmieniać? Dla mnie moja bezglutenowość kojarzy się z traumą, a utrzymanie diety nie jest proste i wymaga ciągłego skupienia. Gdy do tego dochodzi społeczna nietolerancja, gdy ktoś nie jest moim lekarzem, nie zna mojej historii chorobowej, a rzuca szybkie i nieprzemyślane osądy, że jestem głupia bo myślę, że schudnę na bezglutenie, że dałam się zwariować modzie i daję na sobie zarobić Niemcom, to nie chcę walczyć i się przebijać argumentami, chcę jak dziecko, które nosi okulary, po prostu schować je do kieszeni, zamknąć się w pokoju i płakać. Nie mam na to siły. Nie mam siły tłumaczyć, że po prostu nie mogę. Ja rozumiem, że dieta jest kontrowersyjna i przyciąga milion ekspertów wszelakich specjalności oraz zwykłych troli, którzy inaczej nie potrafią. Ludzie z różnych powodów rezygnują z różnych rzeczy, znam takich co nie jedzą nabiału, bo nie lubią białego koloru, takich co jedzą 20 bananów dziennie, takich co nie dotkną nic co miało oczy, takich co jedzą wszystko na surowo albo nic kupionego. Ludzie są różni, jedzą różnie, z różnych powodów. Czy wydając opinię na temat czyjegoś talerza, nasz własny będzie przez to lepszy? Co nam daje nazwanie kogoś faszysta na roślinach? Jaki cel ma przeklejenie po raz setny zdania, że na celiakię cierpi tylko 1% populacji, a badania krwi są fałszowane by koncerny miały na czym zarabiać? Serio, skąd się biorą tacy ludzie i co oni jedzą, że czują się lepsi? Po co wkładamy na siłę komuś na talerz kotleta, czy bułkę z masłem? Co nas to boli? Co nas obchodzi cudzy talerz? Dieta to indywidualny wybór i póki ten wybór w nas nie godzi, to nic nam do tego. Jako istoty rozumne moglibyśmy wykazywać się większym szacunkiem w stosunku do siebie, a jak nie stać nas na szacunek, to chociaż zignorujmy to, a jak ignorancja jest ponad nasze siły, to polecam przed ocenieniem cudzego talerza, wypisanie najpierw wszystkiego co sami zjedliśmy w ciągu ostatnich 24 godzin.

Pokój!

Share:
  • hannah

    W zyciu nie przyszloby mi do glowy, zeby smiac sie z kogos z powodu jego diety, jesli jego tryb zycia nie czyni mi szkody. Ja przez wiele lat bylam wegetarianka dlatego, ze nie lubie miesa. Dopòki tak bylo wszyscy to akceptowali. Gdy po kilku latach nadal nie jadlam miesa i ryb, ale tym razem juz z podowòw etycznych, spotkalam sie z duza agresja i niezrozumieniem. Do tego doszla nietolerancja na laktoze, a wiec jem praktycznie wegansko. I juz nie mam ani sily ani ochoty sie nikomu tlumaczyc. Ty tez nie powinnas. Niewazne, czy nie jesz glutenu, bo sie lepiej z tym czujesz czy z jakiegos innego. Alergia, moda, foch-twoje zycie,twòj wybòr.

    • Dokładnie 🙂 TY to wiesz, ja to wiem, mam nadzieję, że coraz więcej ludzi będzie to rozumiało Dieta – to indywidualna sprawa

  • Agata Choma

    Kasiu, od kiedy pamiętam bolał mnie brzuch miałam robione usg, miałam dietę lekkostrawną i nic. Mam już 22 lata a historia się powtarza. Kilka dni temu jadłam kasze kuskus i kaszę jaglaną. Ledwo doszłam do domu zgięta w pół nie wiem czy to miało jakiś związek, ale nic innego w zasadzie nie jadłam. Jest to męczące, i po przeczytaniu Twojego postu chyba czas pójść do lekarza. A co do diety, nigdy nikogo nie wyśmiewałam i jest to indywidualna kwestia każdego 🙂 Ze mnie tez się podeśmiewano, że „o zaczęłaś zdrowo jeść „ale mało się tym przejęłam!

    Pozdrawiam!

    • Kobiety są bardziej wyrozumiałe ogólnie plus jak ktoś sam ma szacunek do swojej diety bardziej szanuje inne 🙂 Trzymam kciuki za rozwiązanie problemu

  • Nie sądziłam, że to problem. Na prawdę ludzie wtykają nos w talerze innych i krytykują? nie do pomyślenia. . .

  • Ewa z drzewa

    Mieszkam w akademiku ( nie w Polsce) i jestem zestresowana za każdym razem kiedy idę coś ugotować we wspólnej kuchni. Ludzie stoją nade mną, komentują, zadają pytania i nie mogą uwierzyć. A ja po prostu gotuje zdrowo, od podstaw, nie smażę, używam wielu kolorowych warzyw,i nie jem mięsa. I to wystarczy, żebym CODZIENNIE musiała dyskutować, co jem, dlaczego i po co.. ja nie komentuje ich setnej pizzy z zamrażarki…

    • Pomyśl, że w tym wszystkim może chociaż jedna osoba spojrzy na Ciebie jak na inspirację i wyrzuci mrożoną pizzę na rzecz pieczonych warzyw 😀

  • Martyna Praszyńska (Huffu)

    Tolerancja to slowo popularne ale zadko kiedy stosowane w praktyce… Tez mam swoja wlasna diete dobrana do swoich potrzeb plus miksture z ziol. Wygladam i czuje sie lepiej, ludzie pytaja co robie i jak odpowiadam to nastepuje zdziwienie po czym negacja w 90% i w 10% gratuluja madrych wyborow. Jestes tym co jesz 🙂

  • Andrzej Kaczmarowski

    Kaśka jesteś mocno wrażliwą osobą 🙂 W życiu by mi nie przyszło do głowy by przejmować się tym, co kto o mnie pomyśli a tym bardziej tym, że ktoś skrytykuje to co wrzucam na talerz. Sam jem wszystko co popadnie, no dobra od pewnego czasu staram się zdrowo odżywiać 🙂 Według mnie problemem dla krytykujących nie jest dieta tylko fakt, że oni po prostu lubią się wpierdalać w cudze życie i zamiast szukać pozytywów to zawsze muszą coś zanegować. Dla mnie ten post jest potwierdzeniem tego (pomimo, że połowa nazw mi nic nie mówi :P), że możemy w życiu cały czas zmieniać się na lepsze, nie dać się przeciwnościom i po prostu dbać o swoje lepsze życie. Tylko trole nie pamiętają, że dla każdego człowieka to „lepsze” może być czymś innym 🙂 Piona 😛

    • Piona 🙂 czasem po prostu puszcza moja stoicka cierpliwość 😛

  • justyna

    Fakt, że teraz modnie jest nie jeść glutenu, ale jeśli ktoś faktycznie nie może to nie zazdroszczę. Wiem co piszę bo mój brat jakieś 20 lat temu musiał przejśc na dietę, a wtedy nawet nie mógł „dać zarobić Niemcom”. Nie było takich bajerów jak teraz, po chleb i bułki jeździliśmy na drugi koniec miasta bo były u nas dwa sklepy gdzie można było kupić cokolwiek bez glutenu. Stopniowo wszystkiego się nauczyliśmy, bez specjalnych mąk, na zwykłej kukurydzianej, ziemniaczanej i grochowej piekłyśmy z mama i babcią takie ciasta że nikt by nie powiedział że to jakies dietetyczne. Obiady często trzeba było robić osobno. Brat ma to szczęście że u niego choroba nie objawiała się boleściami, jedynie właśnie niskim wzrostem i mikrą wagą. No i dziś wybór wszystkiego jest dużo większy ale i tak dieta to ogrom wyrzeczeń. Podziwiam, sama mam słabą wolę i ciężo mi idą jakiekolwiek eliminacje.

  • Kasia Harutsuki Glow

    Jednym sluzy, innym nie. Jednym zmiana robi wielka roznice w standardzie zycia, innym nie. Mnie odstawienie mleka innych takich pomoglo na cere 😉 zamiast „dawac zarobic koncernom” tabsow antykoncepcyjnych ;).
    A co do mody, to NIE dam sobie wmowic, ze popularna brazyliana, to najlepsze co kobieta moze dla siebie zrobic :D, ale musze przyznac ze jest higieniczne i ma cos w sobie z estetyki 😀
    Jestem za metoda, zagryz zeby i przebrnij przez najgorsze, ale nie dajmy sie zwariowac. Glowa do gory i trzymaj fason (swoj wlasny).

  • ewelina

    Nie mam nic przeciwko generalnym rozmowom o jedzeniu, ale jak już ktoś trzyma nos w moim talerzu i to komentuje, to wkurzam się ogromnie! Pamiętam czasy, kiedy byłam na diecie odchudzającej rozpisanej przez dietetyka. Nie dość, że miałam już tego serdecznie dość i całe to żywienie według rozpiski na kartkach wjeżdżało mi na psychikę i mocno stresowało, to codziennie musiałam znaleźć w sobie wystarczającą ilość siły na wysłuchanie wszystkich komentarzy, zaglądanie do talerza, odpowiedzi na pytania, tłumaczenie i ignorowanie zniesmaczonych min. Niejednokrotnie miałam ochotę rzucić widelcem i wyjść. Obawiam się jednak, że ludzie nie zmienią swojego zachowania – należy raczej przygotować sobie cięte riposty na tę okoliczność 😉

    • No tak, albo cierpliwie robić swoje i nie zwracać uwagi – czasem ignorancja boli bardziej 🙂

  • Dorota

    Kasiu, po pierwsze uwielbiam Cię 🙂 pierwszy raz w zyciu komentuje jakikolwiek post na blogu, Twój obserwuję już jakiś czas i czerpie z niego wiele energii.
    Do rzeczy: Mam ostatnio, a w zasadzie juz jakiś czas, problemy z brzuchem. Inne, moze mniej poważne, ale dokuczliwe. Nie jem mięsa, dbam dość o dietę, wydawałaby się, że odżywiam sie całkiem zdrowo, a jednak coś jest nie tak. Dokuczają mi straszliwe wzięcia i dyskomfort, nasilające się codziennie wieczorem, może nie będę szczegółowo opisywać. Muszę w końcu cos z tym zrobić, tylko boje się chodzenia od lekarza do lekarza, wymawiam się brakiem czasu. Zastanawiam się do kogo się udać – jesli do lekarza, to do jakiego czy lepiej do dietetyka?

    • Hej, dietetyk może pomóc spróbować rozwiązać problemy dietą a jak będzie miał wątpliwości to skieruje najpierw do gastrologa…
      dzięki za pierwszy komentarz 😀 Witam na pokładzie 😉

  • sylwia

    Znam to trochę z innej strony. Nie jem bezglutenowo, jem mięso i w ogóle, za to poza bieganiem zaczęłam ćwiczyć siłowo. Zawsze byłam sucharem, ale zamarzyła mi się silna i wysportowana sylwetka i niezmiennie zadziwiają mnie komentarze ludzi na zasadzie ‚daj sobie spokój, bo będziesz miała bicka większego od mojego faceta’, dziewczyna podnosząca sztangi ważące więcej niż ona sama, hmm coś musi tutaj być nie tak. Jem 5 pełnowartościowych, zbilansowanych posiłków dziennie, gramaturę mam ściśle wyliczoną pod siebie i swoje cele i to również spotyka się z falą krytyki: ‚jak to nie jesz schabowego?’, ‚jak będziesz jadła 4 obiady dziennie to będziesz gruba’. O co chodzi? Czy osoba która je na śniadanie jogurt naturalny a na obiad kebab faktycznie jest bardziej normalna niż ja? Nie sądzę.

    • Zjadacz kebaba może nie bardziej normalny, ale w większości stąd i krzyk jest donioślejszy 😉 Trzymam kciuki! Swoją drogą praca nad sylwetką, faktycznie wzbudza więcej kontrowersji niż bieganie 😀 zimą jak więcej ćwiczę to zawsze 1/10 komentarzy mówi o tym że nie wyglądam jak kobieta 😀

  • Edyta Sta

    Wiem o czym piszesz. Niestety.
    Nawet ja, mimo, że nie jestem na żadnej diecie zdrowotnej ani odchudzającej. Ale odżywiam się (i swoją rodzinę) racjonalnie – na śniadanie, sałatka, sok pomidorowy, lekki obiad itd, bardzo mało słodyczy, alkoholu jeszcze mniej. Dzięki temu jestem silniejsza na treningach, lżejsza i szczuplejsza w pasie 🙂
    I nieustannie mnie zadziwia i denerwuje fakt, ze muszę tłumaczyć co niektórym, że nie chcę tortu. Nie chcę sosu śmietanowego. Nie chcę dokładki ziemniaków.Nie chcę batona i cukru do herbaty. Chcę wiecej suszonych pomidorów i awokado. I ogórka. Bo lubię.
    „A po co się odchudzasz, Edytka, przeciez i tak wybiegasz” – mówią ci z 10-20 kilogramową nadwagą.
    Albo jeszcze lepsze: ‚Tobie to dobrze, jesteś szczupła bo biegasz”, mówią kanapowi operatorzy pilota do tv.

    Przestałam się tłumaczyć. Ale nadam mnie to denerwuje, bo ja innym nie zaglądam do talerza. A jeśli już 😉 to nie komentuję. Ich brzuch, ich sprawa. Jak spytają, to doradzę.

    Napisałaś raz i wystarczy. Więcej nie tłumacz.
    Bo ktoś pomyśli, że czujesz się winna 😉 Powodzenia i…zdrowia!

    • Zgadzam się od początku do końca i dobrze rozumiem 😉 Pozdrawiam!

  • Piotr Bakowski

    Coś się w nas zmieniło. Pamiętam że jako bardzo młody człowiek
    uczestniczyłem w imprezach (ok, ciągle jako 32 latek lubię w nich
    uczestniczyć – ale już jako starsza młodzież ;). Jak to na imprezach,
    ogniskach przy lampce wina czy przy piwie ludzie dzielili się swoimi
    spostrzeżeniami na temat najróżniejszych zjawisk. Poczynając od tego co
    kto pije, lubi wypić, gdzie by pojechał na wakacje a kończąc na
    poglądach politycznych i szerzej światopoglądzie. Być może to dzięki
    unoszącym sie w powietrzu pozytywnym wibracjom wspieranym przez % ale
    jak sięgam pamięcią było coś takiego że ludzie wymieniali się ze sobą
    myślami jakoś tak radośniej i bez osądów. Czyjeś inne zdanie, styl życia
    było przyjmowane jako ciekawa odskocznia, a nie coś co zaraz musimy
    przetrawić przez siebie, ocenić, odrzucić. Sorki, rozpisałem się trochę
    🙂 Kasiu, nie przejmuj się tymi docinkami, piszę to do Ciebie jako
    niejedzący mięsa lewak w kraju pełnym „prawdziwych patriotów” gdzie
    normą jest spożywanie wysokoenergetycznych schaboszczaków 🙂 Pozdrawiam,
    rób dalej swoje bo fajnie się śledzi Twoje poczynania i te stricte
    biegowe i życiowe 🙂

    • Może to wychodzi z naszej historii? Kiedyś ludzie byli ciekawi inności, a teraz większość znudziła się wolnością, zamiast pracować na siebie, patrzeć siebie i starać się o siebie, to woli by wszyscy byli tacy sami i mieli to samo, a inność nie wiedzieć czemu budzi nienawiść … Dziękuję i pozdrawiam serdecznie

  • Ludziom nie dogodzisz. Ja na szczęście nie potrzebuję żadnej diety eliminacyjnej, ale rzadko mam ochotę na słodycze. Ooooo! Jak to nie zjesz ciasteczka? Taka szczupła jesteś! (może dlatego?). Anoreksji dostaniesz! (i raka od razu). Eh.

    • RunTheWorld

      No tak, z tym też jest kłopot, szczególnie na świętach i większych imprezach, bo jak to można nie jeść do upadłego 😉

    • No wiesz…. nie mieć ochoty na słodycze- to nie do końca normalne 😛

      • A czy do słodyczy możemy zaliczyć piwo Raciborskie i koźlaki? Są słodkawe 😀

        • RunTheWorld

          jesteś rozgrzeszona 😀

  • Jako nastoletnia wegetarianka starałam się ucinać przynajmniej część rozmów zdaniem, że ja swojego nosa do czyjegoś talerza, portfela ani łóżka nie pcham i oczekuje od innych tego samego. I o ile jeszcze kilka lat temu takie teksty działały teraz mam wrażenie, że te trzy tematy to podstawa większości dyskusji. Szczególnie w internecie.
    Teraz jem głównie wegańsko (powiedz siostrze, że Skittlesy zmieniły skład i są już bez E120 <3 ) i o ile często ktoś się pyta jak, po co, dlaczego to mam wrażenie, że jest to bardziej ciekawość niż chęć krytyki. Serio. A większość złośliwych komentarzy najczęściej wynika z niewiedzy. I jeśli ktoś jest otwarty na dyskusje wiele można wytłumaczyć (tak, wiem, nie zawsze się chce).

    • Przekażę 😀 Część to na pewno ciekawość i naprawdę cierpliwie tłumaczę albo po prostu nie zawracam ludziom głowy jak sami nie pytają, czemu nie jem czegoś tam 😉

  • Siostrze możesz śmiało polecić słodycze koszerne, także te czerwone – zapewniam Ją, że nie znajdzie w nich grama kwasu karminowego…

    • Przekażę, ale chyba już sama zaczęła ogarniać zamienniki 🙂

  • klusex

    Ja na lunch w pracy zawsze mam domową sałatkę. I niemal codziennie słysze komentarze, ze po co jestem na diecie, ze z kości na ośći itp mądrości. A to wszytsko dlatego, że dbam o to, co jem i nie lubie wrzucać „na ruszt” czegokolwiek, czyli batoników, gotowych kanapek, zamawianych obiadów o naprawdę średniej jakości. Jedzenie zdrowe musi się równać restrykcyjnej diecie, oczywiście zawsze w celu schudnięcia. A jak tak je ktoś szczupły, to towarzystwo nie wie, jak sobie z tym poradzić i jakoś tak głupio dowala (a raczej próbuje).
    Grunt, ze się dobrze czujesz i możesz normalnie funckjonować.