life style

Historia mojego przypadku

Długo myślałam o tym wszystkim i długo nie chciałam o tym pisać. W dalszym ciągu nie wiem, czy dobrze robię, ale robię. Uchylam rąbka tajemnicy i tym samym zamykam za sobą pewien rozdział.

Na początku grudnia podczas maratonu na Jamajce doznałam pewnego urazu, z którym cały czas się zmagam i do tej pory nie za wiele o nim pisałam. Poza tym, że sprawa dotyczy stawu biodrowego i miałam operację, nie zdradzałam zbyt wiele szczegółów. Jeżeli ktoś uważnie przeczyta poniższy wpis od początku do końca, powinien zrozumieć skąd we mnie tyle niepewności. Przerywam milczenie by rozwiać niepotrzebne niedopowiedzenia i w jakimś stopniu zrzucić z siebie ciężar tajemnicy. Domyślam się konsekwencji, jednak wierzę, że większość moich czytelników to inteligentni ludzie i wiedzą skąd się tu wzięli, a z resztą liczę na pokojowe rozstanie po tym wpisie.

Jak wiecie, a jak nie, to przypominam, 5 grudnia 2015 podczas maratonu na Jamajce, doznałam kontuzji w okolicach stawu biodrowego. Nieświadoma powagi sytuacji i tego co mnie czeka za metą, ukończyłam bieg pomimo bólu, z którym się zmagałam na ostatnich kilometrach. Za metą usiadłam na trawie i nie byłam w stanie z niej się podnieść, ból w stawie biodrowym był ogromny. Wyłam przy najmniejszej próbie poruszenia się. Zostałam przewieziona na wózku do namiotu sanitariuszy, ostrożnie mnie położono, podano leki przeciwbólowe i masowano. O dziwo przy masażu nic nie bolało, ale gdy tylko próbowałam się ruszyć paraliżował mnie ból. Nie przestawałam płakać i krzyczeć, że czuję przesuwające się kości. Położono mnie na noszach i przewieziono do szpitala, zrobiono RTG i wykluczono złamanie. 3 lekarzy mnie diagnozowało i namawiało do wstania, a ja za każdym razem czułam przesuwający się staw biodrowy. Od lekarzy słyszałam, że powinnam rozluźnić się, wstać i wrócić do hotelu. Sama czułam, że jest to nie do zrobienia. Po 6 godzinach w szpitalu i serii leków przeciwbólowych, opierając się o Bartka dotarłam do taksówki, a dalej do hotelu. Przeleżałam prawie 3 dni cały czas biorąc leki i mój stan jakby delikatnie się poprawił. Byliśmy w stanie zmienić hotel. Zaczęłam powoli się poruszać, coś zwiedzać, opalać się i kąpać w morzu.

3 dni przed wylotem do Polski weszłam do morza, cieszyłam się wakacjami, a przykre wspomnienia z maratonu powoli się zacierały. Skakałam między falami i cieszyłam się beztroskimi chwilami aż do niefortunnego spotkania z jedną z nich. Przy uderzeniu fali usłyszałam trzask, poczułam ogromny ból, przed upadkiem do wody krzyknęłam tylko „noga”, a mój koszmar zaczął się od początku. Bartek ruszył na ratunek i zaczął transportować mnie do brzegu. Nie mogłam zostać w wodzie, nie mogłam się ruszyć, nie mogłam doskoczyć do brzegu, ani wskoczyć na ręce, czy plecy Bartka. Nawet nie mogłam zostać w tej wodzie i czekać na koniec, bo każda fala potęgowała cierpienie. Doszliśmy do brzegu w wielkich bólach i krzykach. Dalej Bartek mnie dociągnął do naszego pokoju, w którym spędziłam resztę wakacji. Leżąc na plecach i patrząc w sufit. Jamajka, to nie USA, czy Europa, bliżej jej do krajów trzeciego świata. W naszej miejscowości nie było szpitala, a lekarz nie chciał do mnie przyjechać. Leżałam i liczyłam, że jakimś cudem uda mi się ogarnąć na tyle by być w stanie zebrać się, dojechać do lotniska, wsiąść do samolotu i opuścić przynajmniej Jamajkę. Udało się. Nie była to podróż życia, ale udało mi się wrócić do Polski. Szczegółów Wam oszczędzę.

Prosto z lotniska udaliśmy się na ostry dyżur ortopedyczny, skąd zostałam odesłana do domu z nowymi lekami przeciwbólowymi i diagnozą, że jestem klasycznym przypadkiem uwięźniętego nerwu kulszowego. Leżałam 2 dni, mój stan zaczął poważnie się pogarszać. Silne lekarstwa mnie wykańczały, pojawiła się krew w moczu, nie mogłam ruszyć całą nogą od biodra do palców. Znowu udałam się do lekarza, lekarz stuknął mnie w piętę i przepisał czopki przeciwbólowe żeby nie podrażniać żołądka. Dostałam też skierowanie na RTG (1 dzień czekania) i USG (2 tygodnie czekania). Pękłam. Z płaczem wyszłam z przychodni i zadzwoniłam do prywatnej kliniki sportowej.

Zostałam przyjęta na drugi dzień. Trafiłam na wspaniałego lekarza. Zrobiono mi od ręki RTG i rezonans. Słysząc diagnozę wpadłam w histerię, z której nie mogłam wyjść przez kolejne 3 dni. Złamanie zmęczeniowe szyjki kości udowej. Z przemieszczeniem. Większość pewnie nie ma pojęcia jak poważny jest to uraz i szczerze życzę by nie musiała się dowiedzieć na własnym przykładzie. Poza tym jest to moje drugie złamanie zmęczeniowe, więc sprawa była podwójnie załamująca. Wróciłam do domu i miałam czekać na ostateczną decyzję. Wszystko w moim życiu w jednej chwili straciło swój sens.

Co dalej? Czy jest szansa by kość zrosła się samoistnie, czy będzie potrzebne operacyjne zespolenie kości śrubami. Mój przypadek był skomplikowany, miałam złamanie z przemieszczeniem, nieleczone od prawie dwóch tygodni. Analizowało go liczne grono specjalistów z całej Polski i większość głosów była za operacją. Biorąc pod uwagę przemieszczenie, mój wiek, płeć, ogólny stan zdrowia i aktywność, operacja była jedyną i najlepszą opcją. Od czasu diagnozy do operacji nie musiałam czekać długo, za co jestem wdzięczna swojemu lekarzowi. Dzięki Jego interwencji trafiłam do Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, a samą operację przeprowadził genialny zespół lekarzy. Nie zmienia to jednak faktu, że mój dotychczasowy świat się zawalił. Przed samą operacją zostałam poinformowana, że złamanie szyjki kości udowej to jedno z najpoważniejszych urazów, 10% pacjentów umiera, może dojść do martwicy kości lub złamania całkowitego, a wtedy koniecznością będzie endoproteza stawu biodrowego. Zrost w tym miejscu może trwać nawet dwa lata i wiele osób nie jest w stanie nawet normalnie chodzić, nie mówiąc już o bieganiu. Jadąc na salę operacyjną płakałam jak małe dziecko, nienawidziłam siebie za to co sobie zrobiłam, chciałam zamknąć oczy i już nigdy ich nie otworzyć.

Obudziłam się po kilku godzinach z jeszcze większym bólem, trzema śrubami w swojej kości i musiałam jakoś z tym wszystkim sobie poradzić. Nie było wyjścia. Pierwsze 2 tygodnie praktycznie tylko leżałam, w kolejnych zaczęłam chodzić na zabiegi mające na celu przyspieszenie zrostu. 6 tygodni od operacji miałam się dowiedzieć, czy kość się zrasta. Dowiedziałam się, że jest dużo lepiej niż lekarze w szpitalu prognozowali. O etapach leczenia i rehabilitacji informuję Was na bieżąco, stąd tu sobie daruję te informacje.

Złamania zmęczeniowe, jak sama nazwa wskazuje wynikają ze zmęczenia materiału. Nie chcę w tym wpisie za bardzo się rozpisywać o samych złamaniach zmęczeniowych i ich przyczynach, bo staram się skracać tę moją historię jak mogę, a i tak przypomina już epopeję. Złamania zmęczeniowe to zazwyczaj wynik kilku czynników, m.in. treningu, płci, diety, predyspozycji, chorób genetycznych. Jako, że jest to moje drugie złamanie poszliśmy z diagnostyką krok dalej i niestety wszystkie badania potwierdziły, że choroba, z którą się zmagam ma negatywny wpływ także na moje kości. Ten wyśmiewany powszechnie gluten u osób takich jak ja, sprawia, że gęstość kości spada, a tym samym zwiększa się ryzyko ich złamań. Jest to długoterminowy i skomplikowany proces, ostatecznie może prowadzić do poważnych ubytków tkanki kostnej. Ja dowiedziałam się o tym na bardzo wczesnym poziomie i odpowiednimi lekami, dietą, regularnymi badaniami, da się ten proces kontrolować, a nawet odwrócić.

Jest to poważna i bolesna dla mnie sprawa z bardzo wielu powodów, nie tylko biegowych. Oczywiście gdybym nie biegała, gdybym tak ciężko nie trenowała i gdybym odpuściła sobie np. już po Maratonie Warszawskim, mogłabym całego przykrego zdarzenia, jakim było złamanie na Jamajce, uniknąć. Podwyższone ryzyko złamań plus mocny trening (czasem za mocny), nie muszę wam chyba tłumaczyć jaki może mieć efekt końcowy. Więc tak, mogłam uniknąć złamania szyjki kości udowej i trzech śrub w swojej nodze i nieświadomie przeżyć sobie jeszcze kilka lat, aż do momentu, gdy gęstość moich kości spadłaby do krytycznego poziomu, który doprowadziłby do złamania przy zwykłym potknięciu i proces nie byłby już taki prosty do odwrócenia, może nawet bardziej tragiczny. Nie wiem jakby to było gdyby się nie wydarzyło to wszystko, wiem jak jest teraz i wiem z czym walczę.

Gdy myślę o mojej nodze, nie ma chwili bym sobie nie wyrzucała, że sama do tego doprowadziłam. Są noce, gdy analizuję każdy mój krok, ruch, decyzję i nie śpię dręczona wyrzutami sumienia. Myśli o podróży samolotem,  migawki z biegu, wspomnienia feralnego wejścia do morza, wygląd szpitala na Jamajce, nękają mnie codziennie. Boję się jeść, boję się nie jeść, już sama wiedza, że nie mogę jeść glutenu była wystarczająco dobijająca, a teraz, gdy wiem, że wymagam jeszcze pilniejszej uwagi, kompletnie mnie rozwala. Mało kto jest w stanie zrozumieć jak stresujące może być samo jedzenie.

Walczę na dwóch frontach i nie jest to łatwe, bo z jednej strony muszę uporać się ze swoim zdrowiem, a z drugiej z marzeniami sportowca. Leczę poważną kontuzję, trwać to będzie dobrych kilka miesięcy, a nawet rok. Do tego, muszę uporać się ze swoimi problemami zdrowotnymi i dobrać dietę idealnie dopasowaną do mojego przypadku. Chciałabym mimo wszystko wrócić kiedyś do biegania, może nie maratonów w najbliższych latach, ale przynajmniej do biegów na krótkich dystansach, a żeby było to możliwe i bezpieczne, potrzebuję unormować wszystko to, co teraz szwankuje, dieta to jeden z kluczowych elementów. Może i umiem sporządzić sobie zdrowy bezglutenowy posiłek, ale niestety skomponować kompletny bezglutenowy jadłospis dla wyczynowego biegacza z takimi problemami jak ja, nie jest łatwo i nawet specjaliści mają z tym problem. Nie miałam pojęcia, że to wszystko może mieć na mnie aż taki wpływ. Okresowe, nagłe spadki wagi i ogólnie moją szczupłą sylwetkę zawsze lubiłam, przyznam, że nawet się cieszyłam, że specjalnie nie musze dbać o linię, a jestem chudziutka i dzięki temu łatwiej mi się biega. No niestety zjawisko miało swoją drugą naturę. Badałam się regularnie, moja tarczyca, hormony, cykl, wszystko było zawsze w porządku, stąd nigdy mocniej i bardziej szczegółowo się nie diagnozowałam i po prostu biegałam.

Nie pisałam o tym wszystkim z bardzo wielu powodów, jednym z nich jest moje własne poczucie komfortu. Nie chcę współczucia to pierwsza rzecz i nie chcę by ktoś sobie pomyślał, że piszę to, bo potrzebuję pogłaskania po głowie. Nie chcę krytyki i dobrych rad, bo naprawdę sama już wystarczająco się kajam każdego dnia. Nie chcę rozpisywać się o moich problemach niezwiązanych bezpośrednio z bieganiem. Nie pokażę swoich badań, zdjęć kręgosłupa, RTG, tomografii, wyników DNA, itd. itd. Poza tym przyjdzie taki dzień, że wrócę do biegania, a wtedy ten wpis będzie moim przekleństwem. Mimo wszystko w końcu zdradziłam cały ten sekret i mam nadzieję, że w jakiś sposób ulży i mi i wielu z Was. Ja chcę iść dalej, robić nowe rzeczy, cieszyć się z tego co mam, a resztę powoli będę jakoś układać. Pisząc to wszystko mam nadzieję, że wiele osób w końcu mnie puści i pozwoli po prostu iść dalej.

Mam jeszcze na koniec jedną prośbę, zanim ktoś zdecyduje się na chamski komentarz, niech się zastanowi chwilę w jaki sposób wzbogaci to jego życie. Od dziś będę konsekwentnie oczyszczała swoje otoczenie z osób, które nie życzą mi najlepiej i całkiem poważnie zacznę traktować wszelkie pomówienia na mój temat. Czy kradnę czyjąś wolność? Nie rozśmieszajcie mnie. To mój blog i jak ktoś mnie nie lubi, nie musi wcale tu zaglądać.

Na sam już koniec oficjalnie informuję, że w klinice, w której obecnie się leczę jestem zwykłym pacjentem i za całe leczenie normalnie płacę. Domysłów, że oszukuję, mylę nogi na zdjęciach i robię na swoim nieszczęściu akcję marketingową nawet nie będę komentowała już. Po prostu idźmy dalej dobrzy ludzie. Jeżeli trzeba, to w inną stronę – Just like that!

Share:
  • marta

    Kasiu, powodzenia!
    Trzymam mocno kciuki za Twoje zdrowie i niech się te małe, codzienne i tak bardzo ważne marzenia się spełniają.

    • marta

      P.S.
      dobry, pomocny, ważny wpis.
      możesz komuś pomóc i ostrzec.
      sama nie mogę glutenu, laktozy, kazeiny i niektórych warzyw a pracuję fizycznie i biegam, więc wiem jakie to cholernie problematyczne 😃

  • o! (mam spaczenie ortopedyczne, sama planuję taką karierę) słyszałam o złamaniach zmęczeniowych i wyobrażam sobie Twoje przerażenie. Nie będę pisać, że mylisz nogi, widzę na insta i fejsie, jak zmagasz się ze wszystkim i chciałam Ci powiedzieć, że jesteś ogromną motywacją i zawsze miej ten uśmiech na twarzy. Słuchaj siebie i swojego organizmu. Dużo zdrowia! PS. A gęstość kości miałaś badaną?

  • hannah

    czytam cie od dawna, pamietam twoje poprzednie zlamanie zmeczeniowe i od tego czasu sledze cie z jeszcze wiekszym zainteresowaniem. Rok temu mialam zlamanie zmeczeniowe szyjki kosci udowej. Na szczescie mam swietna pania ortopede, ktòra po moim opisie bòlu uda i jednym przysiadzie wiedziala, co mi jest (pòzniej oczywiscie zrobilam badania), na szczescie nie bylo to zlamanie kompletne, musialam ‚tylko’ lezec i malo sie poruszac. Po twoich opisach przed i pooperacyjnych domyslilam sie, o co chodzi i tak bardzo bardzo mi przykro. Przez czas mojej rekonwalescencji naczytalam sie foròw dyskusyjnych ludzi z ta sama kontuzja i poznalam nawet dziewczyne, kròra miala identyczny przypadek jak mòj. Da sie wròcic do biegania, nawet po srubach. Trzeba byc cierpliwym i zaczynac wiele razy od zera, ale sie da.

  • Maciej Jagusiak

    Kasia – to ja Jagoda, obok którego na ostatnich metrach „Warszawy” śmignęłaś jak torpeda 🙂 kibicujemy Ci tutaj w Łodzi bardzo dużą grupą. Swojemu przyjacielowi, którego też czeka za miesiąc operacja pokazuję Twój przykład jak należy podchodzić do rehabilitacji! Nie będę się rozpisywał, choć w kwestii glutenu i wszelakich alergii i moim wegeratianiźmie mógłbym wiele napisać, ale wiem jedno, że po jakimś czasie będziesz mistrzynią zdrowej kuchni, czego Ci z całego serca życzę!! Bądź zdrowa i do zobaczeniana trasie 🙂 Maciek vel Pan Jagoda

  • Rainy Bikki

    Na prawdę masz duszę sportowca. Nigdy się nie poddajesz!

  • Koralina Soltowska

    Dla mnie będziesz zawsze debeściak! – za Twoją szczerość jeszcze bardziej Cię lubię! Trzymam kciuki za szybki powrót do formy!:)

  • Lukasz Szczygiel

    Kasia – dobrze napisane. To co robimy z naszym ciałem to nasza sprawa. Jeżeli ktoś kiedyś zakochał się w jakimkolwiek sporcie to zrozumie. Każda nawet lekka kontuzja która nie pozwala mi wyjść na kort doprowadza mnie do szału. Nie mogę spać, pracować – nic nie mogę. To i tak jest nic w porównaniu z tym co ty w tej chwili przechodzisz i z jaką niewiadomą się zmagasz….. Życzę powrotu do zdrowia, życzę sukcesów i wierzę, że jeszcze nie jeden maraton przed Tobą. Takich wojowników jak ty trzeba podziwiać, wspierać i szanować !! JUST LIKE THAT 🙂

  • blondefairy

    Hej Kasia, moją opinię na temat całej sprawy zostawię dla siebie, a Tobie tylko chcę napisać, że chociaż czytało sie to ciężko, myślę, że zrobiłaś bardzo dobrze opisując całą historię i jestem przekonana, że osoby które trenują, czytają Twojego bloga i podchodzą do Twoich wpisów z otwartym umysłem, mogą wyciągnąc z tej historii wiele ważnych wniosków i nauki, którą często ignoruje się przy amatorskim bieganiu. Ukazałaś wagę całej sytuacji i wg mnie mimo wielu zarzutów wobec siebie samej w Twoim opisie na pewno wielu innych amatorskich sportowców odnajdzie swoje drobne ‚zaniedbania’ – po prostu rzeczy, które wydają się nam nieistotne, a jak się okazuje, zebrane do kupy mogę mieć niebagatelne znaczenie. Nieszczęśliwie w Twoim wypadku efekty są ekstremalne, ale takim też od początku byłaś sportowcem. Życzę dużo siły! Na sporcie życie się nie kończy, naprawdę 🙂

  • Ropuh

    Zdrowiej! Trzymam kciuki – powodzenia.

  • Renata Gumińska

    Trzymaj sie! Zdrowia duzo i wytrzymalosci, i cierpliwosci zycze. Trzymam mocno kciuki za Twoje marzenia.

  • ilo

    Nadal Cię podziwiam i trzymam kciuki!

  • Gabra

    Kasiu,dziękuję,że się tym z nami podzieliłaś. Jest tu wiele osób,którzy Ci kibicują codziennie, ja także się co nich zaliczam. Jesteś niezwykłą wojowniczką i za to Cię podziwiam oraz szanuję. A do biegania wrócisz-może przypadek Emilki Forsberg jest nieco inny, jednak również pechowy. Kibicuję Wam obu, wiem,że się z tego podniesiecie, ba! że faceci będą oglądali jeszcze nie raz Wasze plecy na zawodach:) Możesz zawsze liczyć na swoich wiernych fanów i ludzi,którzy dobrze Ci życzą, a hejterom mówimy bye bye 😉

  • Nie jesteś sama z robieniem sobie wyrzutów, analizowaniem każdego kroku, co by było gdyby, niejeden z nas nie śpi po nocach rozkładając swoje decyzje na czynniki pierwsze. Czasem trzeba, ale po to, żeby iść dalej. Patrzenie w tył dla samego patrzenia zostaw tym, co się ostatnio za dużo telewizji naoglądali i wierzą, że wystarczy mieć nogi, by wypowiadać się o kontuzjach, a sama ćwicz, zdrowiej i słuchaj tylko tych, którzy chcą Ci służyć PRAWDZIWĄ radą 🙂

  • Sylwia

    Trzymam kciuki za Twój pełny powrót do zdrowia i do biegania. Sama jestem bezglutenowa i bezmleczna z powodu Hashimoto i wiem jak to cholerstwo wraz z niemocą biegową potrafi frustrować! Waleczna bestia z Ciebie więc jestem pewna że wrócisz do formy szybciej niż się mądrym lekarzom wydaje! Pozdrawiam!

  • Tomasz Zylowski

    Trzymaj się dziewczyno. Będzie lepiej niż ci się wydaje. Wyobrażam sobie jak dużo kosztował
    o Ciebie napisanie tego wszystkiego. A ludzi o zdecydowanie za małych rozumkach olać. Świat jest piękny i szkoda na nich czasu

  • marys

    Serce na dloni – szacun i to wielki. Sama na nartach skasowalam kolano na maksa, oczywiscie z wlasnej winy, nikt mi nart nie zakladal na sile, ale najwazniejsze, ze srubki nie piszcza na lotnisku 🙂 wierze, ze wrocisz do pelni zdrowia i podziwiam Twoja sile walki i bardzo sie ciesze, ze otaczaja Cie ludzie pelni pozytywow 🙂
    Ps. Pierwsza w zyciu polowka na wiosne, Twoj blog to kopalnia wiedzy i motywacji, dziekuje!

  • Angelika Żoń

    Kasiu! Ja 3mam kciuki za Ciebie od tych piszczeli i zawsze mówiłam znajomym biegaczom twoją historie „dziewczyna miała tak ciężko, straszne diagnozy a znów biega- zawalczyła o siebie” ! Już wyobrażam sobie ich miny kiedy wrócisz do biegania po tym wszystkim a ja będę mogła im opowiedzieć Twoją historię ! Będzie dobrze Kasiu – Musi być !Pamiętaj że hejt jest był i będzie i od nas zależy jak sobie z nim radzimy (a jak wiesz trening czyni mistrza 😉 ) Pozdrawiam

  • Dire

    Podziwiam szczerość 🙂 przetrenowałaś to przetrenowałaś, nic nikomu do tego. Ataki personalne na Ciebie są tak absurdalne, jakby atakować osobę, która nabawiła się próchnicy, bo kocha cukierki. No to co? Złamanie wyleczysz i jakąkolwiek aktywność wybierzesz w przyszłości, to będziesz się w niej piąć w górę. Można brać przykład z Twojego hartu ducha 🙂

  • Bartosz Różański

    Wiesz, że niektórzy nie badają się dlatego, że boją się diagnozy? Moim zdaniem, w całym tragiźmie tej sytuacji, to jest najlepsze co mogło się Tobie przydarzyć. Sama piszesz, że nie wiadomo co by było za kilka lat, gdyby to wyszło na jaw, a tak masz przynajmniej jasność. Jestem pewien, że z tego doświadczenia wyjdziesz jeszcze mocniejsza. Kasiu, trzymaj się. Trzymam kciuki.

  • Sylwerado

    Wiedziałam 😕 dobrze, że otwarcie napisałaś, za pewne wiele osób na twoim przykładzie uniknie „najgorszego”, bo wiadomo, że często amator trenuje za mocno, za ambitnie, a niestety brak nam zaplecza specjalistów😞 Nie chcę tutaj pisać o państwowej opiece medycznej, bo w przypadkach stricte sportowych, można sobie ich na wstępie odpuścić, po prostu szkoda czasu i zdrowia…, tak zdrowia – taka smutna prawda 😥 sama to przerabiałam, to wiem 🤕 tyle, że nie każdego amatora stać na prywatne rezonanse, wyjazdy do większych miast do lekarzy sportowych, itp…, z regóły potencjalny amator odpuści sobie bieganie na dobre, i stwierdzi, że to nie było mu dane. A my ambitni amatorzy walczymy dalej, i tutaj Kaśka nie widzę dla Ciebie innej opcji!!!! Do przodu silniejsza, mądrzejsza, bogatsza o wiedzę i doświadczenia☺️

  • Piotrek

    spoko babka jesteś, dasz radę 😉 do zobaczenia na mecie półmaratonu w 2018 w Warszawie jak będę Cię wyprzedzał (albo TY mnie :D).

  • Powodzenia Kasia w walce z kontuzją, trzymam kciuki!

  • agamaratonczyk

    Cały czas trzymam za Ciebie kciuki! I dziwię, że ludzie to mogą takie głupoty rozpowszechniać, zwłaszcza że nie ujawniałaś do tej pory wszystkich szczegółów. Nigdy chyba tego nie zrozumiem. W każdym bądź razie dużo zdrówka i powodzenia!

  • kleoś

    Dzieki za ten wpis! Rozwialas moje domysly i przypuszczenia. Trzymam kciuki i wiem, że dasz radę chociaż momentami na pewno nie będzie łatwo! I bardzo dobrze. Pamietaj, że każdy z nas musi coś „przepracować” w życiu i wyciągnąć wnioski z każdej lekcji. Do czego przyda się Twoja?

  • Mariusz Marszal

    Badania dowodzą, że kobiety są dużo silniejsze niż mężczyźni i Kasiu jesteś tego dowodem 🙂 Walcz z całych sił jak lwica i się nie poddawaj. A to, że źle zrobiłaś to juz wiesz my też wiemy masz teraz czas by wyciągnąć wnioski. Pamietaj, że uczymy się na własnych błędach nie ma co ukrywać twój byl duży. Jesteśmy z tobą !!!
    A ten stek bzdur co ludzie piszą niech ci nie zaprzata głowy. Trzymaj się mocno.

  • Kasiu. Podziwiałem Twoje bieganie. Podziwiałem Twoją energię, zapał, motywację. Teraz podziwiam szczerość, otwartość i odwagę. Masz moc. Masz siłę. Walcz i zwyciężaj dalej. Trzymam kciuki! 🙂

  • Karol Bielarski

    Kasiu, dla mnie jesteś i zawsze będziesz tytanem pracy, motywatorem i dowodem na to jak wiele można osiągnąć pomimo przeszkód zdrowotnych. Przecierałem oczy ze zdumienia jak szybko, w ciągu jednego sezonu od poprzedniej kontuzji, wspięłaś się na poziom biegowy dla mnie nadal niedostępny, a zaznaczę , że wcale nie uważam się za słabego biegacza.
    Oczywiście, że mając dzisiejszą wiedzę można sobie wyrzucać, powątpiewać, ale chociaż w nie aż tak drastycznych okolicznościach, to każdy może to samo powiedzieć o swoim życiu: „Gdybym wiedział/a”. W hiszpańskim jest takie powiedzenie „el hubiera no existe” czyli w wolnym tłumaczeniu „nie ma gdyby” Robiłaś co dla Ciebie najlepsze według ówczesnej wiedzy. Przełamywałaś granice, motywowałaś, trenowałaś innych i tego nikt nie podważy. Wiele wyzwań przed Tobą i martwię się raczej o nie niż o Ciebie 😉
    wracaj do zdrowia!

  • Kasia Adamus

    Kasiu, rozumiem Twoją frustrację co do jedzenia. Też muszę być na diecie bg. Na mnie zwaliło się to jednak zanim zaczęłam biegać :/ i już niejako przyzwyczaiłam się do tej sytuacji.
    Wszystko w życiu dzieje się po coś, nie po to żeby zawracać, ale wyciągnąć lekcję i pójść… a raczej pobiec dalej 🙂
    Życzę Ci żebyś szybko wróciła do swojej formy 🙂 :*

  • Małgorzata Makowska

    dzielna kobietka z Ciebie! Powodzenia!

  • justyna

    Kochana nie będę się rozpisywać jak podziwiam twoją wolę walki i motywację. Trzymam kciuki, ja pewnie bym zarzuciła bieganie dawno temu, ty pokazujesz że można wracać i zaczynać od zera kolejny raz. Wkurza mnie natomiast okropnie ilekroć czytam o służbie zdrowia i o tym że jak sama nie poszukasz, nie pójdziesz prywatnie, nie wydasz kasy, to cię odeślą z ibupromem do domu. Tak nie powinno być, a niestety tak jest. Przechodziłam przez to, nie z moją osobą ale z córeczką, oczywiście w innej sprawie, i uważam ze to skandal. Mieszkam w dużym mieście, a po pomoc musiałam jechać prywatnie na drugi koniec kraju, bo tu nie potrafili rozpoznać o co chodzi. Trzymaj się, i byle do przodu 🙂

  • Anna Baran

    Kasieńka trzymam kciuki za wyjście z kontuzji, dzielna mała „wielka” istotka z Ciebie 🙂 Powodzenia

  • DamianF

    Współczucie – oczywiście współczuję Ci. Dobre rady czy krytykę – ‚Kto z was bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem’, tylko to mi się nasuwa do głowy 🙂 .
    Ja natomiast z każdą linijką tego tekstu podziwiam Cię coraz bardziej! Jesteś silna i ambitna! Tak trzymaj i na pewno jeszcze pościgamy się na jakiś zawodach! 🙂

  • Miałem napisać jakiś zmyślny komentarz, ale rozwalił mnie ostatni akapit. To znaczy, nie mam 16 lat i wiem, że ludzie potrafią być chujami (jesteśmy dorośli, to nazywajmy rzeczy po imieniu), ale żeby wyskakiwać z takimi sugestiami to nawet w mojej głowie się nie mieściło.

    W każdym razie, Kasia nadal trzymamy kciuki i podtrzymuję deklarację z naszej rozmowy na FB sprzed Świąt 😉

  • pafcio

    No i bardzo dobrze, że wywaliłaś to z siebie! 🙂

    https://www.youtube.com/watch?v=diYAc7gB-0A

  • Chris Kwacz

    Auć, aż mnie noga zaczęła boleć przy samym czytaniu. Trzymam kciuki za udaną rehabilitację, będzie dobrze bo jak sama piszesz leczenie przebiega mega sprawnie! Pozdrawiam serdecznie, Chris / On The Move

  • Krzysztof

    W książkach piszą o sportowcach, którzy podczas treningu zaliczali takie złamania, a później wracali na podium – patrz Ci sławni bracia uprawiający triathlon. Zatem głowa do góry, bo co Cię nie zabije to Cię wzmocni a na podium wrócisz i TY.

  • Patrycja Pogoda

    Mój guru 🙂 Nie poddawaj się nigdy! Jeszcze cała kariera biegowa przed Tobą, utrzesz nosy tym wszystkim nadętym niedowiarkom.. Trzymam kciuki, kochana!

  • pav_nik

    Być może nowi czytelnicy nie są w stanie docenić tego wpisu, ale ja czytam Cię od początku i chciałem tylko dać znać, że to bardzo ważny wpis. Dzięki!

  • Kasia

    Przeczytałam wcześniejszą dyskusję na facebooku i włos mi się zjeżył na głowie, ile podłości mają czasem ludzie. Zdumiewają mnie niektóre komentarze z pretensjami, że w ogóle jak śmiesz wracać do zdrowia skoro miałaś być długo chora – ja się dziwię że do tej pory tolerowałaś takie wypowiedzi i jeszcze zachowujesz spokój! Strasznie przykro że tyle wycierpiałaś przez swoją ostatnią kontuzję. Ale podziwiam że wychodzisz z tego i jeszcze mobilizujesz innych do walki, do tego żeby się nie poddawać 🙂 🙂 🙂

  • Kasia, trzymam kciuki za twój powrót do zdrowia i aktywności! Kolejny raz pokazujesz jaka silna z ciebie babeczka ^.^
    PS. Ostatnio wysyłałam ci snapa ze startu… 😉 Nie wiem czy życzysz sobie takie dostawać, czy nie, w każdym razie twoje My Story oglądam z przyjemnością.

  • Piotr

    Specjalnie dla Ciebie z przymrużeniem oka http://glutenimage.tumblr.com/

    • klusex

      Świetne to muzeum 🙂

  • Kasiu czytam Twojego bloga od nie pamiętam kiedy. Zawsze podobało mi się Twoje podejście do biegania, ćwiczeń (wiele z nich do dzisiaj ratują mój problem z ITBS ;). Poza tym od samego początku Ci kibicowałam, zaufałam we wszystko co piszesz, bo po prostu czuć że jesteś szczera 🙂

    Hejterów olać…zbanować i zapomnieć! Będzie dobrze, a nawet jeszcze lepiej 😀

  • antelope

    Czytanie tego bloga – i obserwacja, jak ktoś rodzi się na nowo – dodaje dużo sił. Dzięki i wszystkiego dobrego. Pozdrawiam. Daniel

  • Mopoman

    Pozostaje jedynie pogratulować, że pomimo tylu niesprzyjających okoliczności tyle już osiągnęłaś i życzyć szybkiego powrotu do sił…. w końcu jeszcze trochę kilometrów na równiku Ci zostało do pokonania.

  • Wojciech Furmanek

    Hi.przykro mi i b. Ci współczuję.Ja sobie zajechałem kolana więc wiem co czujesz.Teraz biegam 30% tego co wcześniej i odwołałem 2 ultra moich marzeń. Plusy?mam duzo czasu na naukę angielskiego.Trzeba przemodelować grafik i priorytety ale Ty juz to wiesz.
    Pozdrawiam
    Wojciech Furmanek

  • klusex

    Przerażające, że na kilku RTG nie zobaczyli złamania!! Trzymaj się ciepło i mocno!

    • na jednym nie widzieli, dwa razy mi nie zrobili, bo według lekarzy nie miałam typowych objawów złamania kości udowej (czyt. krótszej nogi) – tak mi napisali w odpowiedzi na zażalenie moje :/

  • Trzymam kciuki za szybki powrót do zdrowia i powrót do biegania.

  • Łukasz Zdanowski

    Nie wiem co czujesz i nie chce nawet wiedzieć co może być teraz w twojej głowie.
    Ale myślę, że wrócisz ze zdwojoną siłą i będzie od teraz tylko lepiej.!
    Fajnie, że napisałaś o swoim problemie bo np: ja śledzę cię od dłuższego czasu i życzę sobie, abyś pisała dalej. Staraj się iść własną ścieżką każdy z nas popełnia błędy..! ,,Porażka w twoim słowniku takiego słowa nie ma, to tylko chwilowy brak sukcesu” 🙂

    Pozdrawiam!

    • Dziękuję 🙂 Przyznaję, że kojarzę Ciebie prawie od samego początku bloga 😀 Pozdrawiam ciepło i wszystkiego dobrego! 🙂

      • Łukasz Zdanowski

        To się cieszę:)
        W takim razie ja zapraszam WAS jak już tylko wydobrzejesz i będzie zielone światło na fajną wycieczkę po Tatrach.

        Pozdrawiam

  • Stefan Wiśniewski

    Kasiu, ludzie Cię czytają bo opowiadasz historię życia. Swojego życia. Robisz to przez pryzmat biegania, to fakt, ale te historie są tak wciągające bo są prawdziwie autentyczne, tak jak cała Ty. No i przychodzi Ci się zmierzyć z czymś co niewielu byłoby w stanie udźwignąć, a Ty to robisz. Widać siła w Tobie wielka.
    A kto z maluczkich tego nie widzi temu muka 😉.
    Zdrowia Kasiu! I wiecznej inspiracji w odkrywaniu samej siebie.

  • Anna Ruchlewicz

    Czekałam na ten wpis i dziękuję Kasiu, że podzieliłaś się z nami Twoim „smutnym wydarzeniem”. Bardzo lubię Cię czytać, za szczerość i perfekcyjność w tym co robisz i jak piszesz. Nie oceniam ludzi, sama nie jestem idealna. Powiem tylko, że nie dziwię się Tobie, że tak bardzo chciałaś ukończyć właśnie ten bieg, skąd mogłaś wiedzieć. Życzę dużo zdrowia i szybkiego powrotu do biegania.

  • Piotr Steinke

    Współczuję i życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia….jeden z blogów który zacząłem czytać żeby przełamać swojego lenia do biegania…Po tej lekturze stwierdzam że skończył się czas opier..dzielania..
    Mimo specyficznego trybu życia (pracuje na nocna zmianę) zawsze staram się znaleźć czas na bieganie, ale po roku prawie ciągłego biegania dzień w dzień nastąpiło zmęczenie materiału (psychiki) dziękuję za natchnienie i jeszcze raz życzę szybkiego powrotu do zdrowia i biegania.

  • Natalia Świerkiel

    Kasiu jesteś wielka! Dzięki tobie biegam ja i pewnie wielu innych.Potrafisz zmotywować nawet największego lenia.Wierzę że wszystko będzie dobrze.Na początku umierałam po trzystu metrach ale dzięki tobie nie poddałam się i z uporem wracałam na biegowe ścieżki.
    Życzę zdrówka Kasiu i wszystkiego dobrego.Nie poddawaj się!

  • Kasiu. życzę szybkiego powrotu do zdrowia. pozdrawiam…….głowa do góry!

  • Kasiu nie poddawaj się i głowa do góry 🙂 Trzymam za Ciebie kciuki!

  • Runyourstory

    Kasiu, uwielbiam ludzi z takim podejściem do życia jak Ty! Dzięki za szczery wpis. Rób swoje i spełniaj się w tym. Miłego dziona!

  • To jest mój pierwszy wpis czytany na Twoim blogu i nie mogę sobie wyobrazic że mogą być jacyś nieżyczliwi Ci ludzie!
    Mnie ujałaś od razu- szczerością, wytrwałością i odwagą! Walcz Kasia z chorobą i wracaj do zdrowia! Trzymam mocno kciuki żeby wszystko ułożyło się po Twojej myśli :*

  • Aleksandra Janiszewska

    Trzymaj się, Kasiu. Ze wzruszeniem doczytałam do końca tę treść. Bądź dzielna – to co zjawia się w życiu niespodziewanie i wywraca je do góry nogami, dzieje się czasami po to, by z czasem jeszcze silniej móc odczuwać i doceniać szczęście. Wierzę, że Ci się uda!

  • Grzesiek Wesołowski

    Trzymam kciuki za Ciebie. Czytam Bartka od dłuższego czasu i postanowiłem zajrzeć do Ciebie i widzę taki wpis. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku zrobisz życiówkę chociaż na dychę :). w lipcu ubiegłego roku miałem zmęczeniowe złamanie kości śródstopia ale było na tyle delikatne, że po kilku tygodniach wróciłem do lekkiego treningu i po dwóch miesiącach przebiegłem maraton co potem spowodowało prawie pół roku problemów i żalu że jednak porwałem się na ten maraton. Nie zapomnę bólu jaki się z tym wiązał i również dlatego wysyłam Ci nieco dobrej energii od siebie i trzymam kciuki abyś wróciła mocniejsza… Mi się to udało a już myślałem że koniec z bieganiem.

  • Marcin Punpur

    Hmm, nie wiem czy moge spytac? 🙂 Tu chodzi o zdiagnozowana celiakie czy nadwrazliwosc na gluten. Pytam, bo mam zrobic sobie badanie diagnostyczne, a ze sporo kosztuje, to sie zastanawiam czy warto? Poza tym szybkiego powrotu do zdrowia zycze!

    • RunTheWorld

      Robiąc badania wyjdzie czy masz nietolerancję, nadwrażliwość czy celiakię. Nie wiem na jakim poziomie teraz jest nauka ale ja kilka lat temu miałam badaną krew na przeciwciała i robioną biopsję.

    • hej, z tego co wiem to chyba badania zawsze robisz te same krew + kolonoskopia i dopiero na podstawie wyników stwierdzasz czy to celiakia czy nadwrażliwość, nietolerancja . wybacz, że tak późno dopiero odkryłam że nie odpisałam na te komentarze 😉

  • justyna

    Gratuluję i życzę dalszych sukcesów.

    Ja też ostatnio biegłam w takim biegu, mimo, że nie zajęłam
    pierwszego miejsca to byłam mega dumna z siebie, że w ogóle dałam radę przebiec
    i nie zrezygnowałam. 28 maja mam zamiar pobiec w biegu organizowanym w Gdańsku
    tak zwanym biegu dla twardzieli, zapowiada się niezapomniana przygoda a dochód
    z biegu będzie przekazany na cele charytatywne więcej informacji jeśli chcecie
    to tutaj może ktoś się dołączy http://warriorsrun.com.pl/idea-biegu.html aaa i
    jeszcze dodam, że uczestnicy będą wykonywali takie zadania, jak kandydaci na
    członków jednostek specjalnych. Zadania przygotowują byli żołnierze GROM-u oraz
    weteranami z Afganistanu