life styletrening

Charakter, co w śniegach głębokich wybijany, czyli o mentalnym przygotowaniu do kolejnego maratonu

Wczorajsze wybieganie pozwoliło mi doświadczyć kolejnego ekstremum biegowego. Już wyjeżdżając na miejsce spotkania (w każdą niedzielę biegam po Wigierskim Parku), wiedziałam, że będzie ciężko. Termometr pokazywał -15 stopni, za mną ciężki tydzień, nieprzespana noc… Miałam nadzieję, że uda się jakoś skrócić ten trening, ale z Markiem nie ma tak łatwo 🙂
Wiecie czyje to łoże?

Tradycyjnie ruszyliśmy z Krzywego do Gawrych Rudy i z powrotem (25 km). Tradycyjnie trasa jest zawsze trudna (leśne drogi, sporo podbiegów, dzika zwierzyna), a kilka centymetrów śniegu dodatkowo podbiło stawkę i umierałam po drodze jakieś milion razy.

Były lepsze i gorsze momenty, a po odcinkach kompletnie zawalonych śniegiem, ubite dróżki smakowały jak bieżnia mechaniczna w ciepłej siłowni. Mrożony banan – zacna nagroda!
Półmetek

Najlepsze oczywiście, zawsze jest w drugiej połowie. Wyobraźcie sobie, jak bardzo musieliśmy być zmęczeni, skoro zgubiliśmy się wracając po własnych śladach… Dodatkowy kilometr po puszystym śniegu, był ogromnym ciosem dla mojej psychiki. Niby tak niewiele, ale ja teoretycznie się poddałam i zostałam gdzieś w tym puchu (praktycznie nie mogłam, bo nic po mnie by nie dojechało, a nawet gdyby… to bardziej niż zmęczenie, przerażało mnie przyznanie się do własnych słabości).
Dźwięk wgniatanego śniegu, jeszcze pobrzmiewa w mej głowie… Nie przedłużając już, cały trening przeżyłam. Dobiegłam do samochodu o własnych siłach i byłoby po wszystkim, gdyby nie myśli, które zostały.
Było ciężko, ale wyznaczając ambitne cele, trzeba zdawać sobie sprawę, że czasem musi po prostu być ciężko. Tylko wtedy można mieć pewność, że daje się z siebie 100% i idzie w dobrą stronę. Tylko wtedy cel będzie smakował. Trzeba o tym pamiętać i nie poddawać się. Kolejna sprawa, to ludzki umysł. Podły i podstępny, próbuje złamać ciało na wszelkie sposoby. Marek, chyba dobrze wiedział o co chodzi, bo kompletnie ignorował moje narzekania, a ja przeżywałam bolące kolano, biodro, kostki, brzuch, głowę… Normalnie bym przerwała trening, tu nie mogłam, a jak dobiegłam do celu, nic mnie nie bolało! Wredna głowa! Ostatnia z mądrości na dziś, mówi o przygotowaniu psychicznym, które jest równie ważne co fizyczne, a przy wysiłku na granicy możliwości (bieg po kolejną życiówkę), może okazać się kluczowe. Teraz cieszę się, że nie odpuściłam i wiem, że jeszcze sporo pracy przede mną. Muszę też pomyśleć o komforcie innych i przestać marudzić podczas takich biegów 🙂 
Pozdrawiam!  
Share:
  • Twarda babka z Ciebie!!

  • „Były lepsze i gorsze momenty, a po odcinkach kompletnie zawalonych śniegiem, ubite dróżki smakowały jak bieżnia mechaniczna w ciepłej siłowni.”
    Biegając dziś w Puszczy Knyszyńskiej miałem podobne skojarzenia
    Pozdrowienia z lasu 🙂

  • Nie zazdroszczę. U mnie szczęśliwie nadal komfortowe warunki – w sobotę 25 km robiłam w 5 stopniach, bez śniegu i deszczu 🙂 Uffff…

  • Wygląda jak robótka dzików 🙂

  • Brawo za waleczność – twarda jesteś 🙂
    a 25km po nieubitym śniegu to pewnie jak maraton po asfalcie 🙂

  • Tradycyjnie trasa jest zawsze trudna (leśne drogi, sporo podbiegów, dzika zwierzyna)

    Votum separatum, nie odstraszamy potencjalnych współbiegaczy !!!

    Leśne drogi? Miękkie podłoże przecież oszczędza stawy.
    Sporo podbiegów? Jakie tam podbiegi… . Może dwa.
    Dzika zwierzyna? Twoja mina jak, zobaczysz dziki rekompensuje wszystkie trudy – bezcenne.

    • Spaliłam wszystkie mosty tym wpisem, teraz to już na pewno nikt się nie odważy do nas dołączyć :/

  • Proponuję ten kawałek do Sobolewa włączyć na stałe do trasy. Nie będzie wtedy mowy o błądzeniu, a podbieg od zakrętu jest smaczny… :)))

  • Podziwiam! Ja od czasu kiedy całe miasto przymarzło jakos obawiam się biegać, bo boję się że rymnę na tyłek, albo co gorsza na nos, albo co najgorsze, skręcę sobie kostkę. Ale chyba jednak spróbuję sie przełamać 😉

  • Anonymous

    Tak trzymać:)