trening

Czy w bieganiu można dostać coś za darmo?

Przed samym wylotem do Kanady, Bartek wrzucił u siebie na bloga wpis pod tytułem: „Nie ma nic za darmo”. Bartek nigdy nie krył się ze swoimi poglądami i nawet jak coś ma zabrzmieć kontrowersyjnie, to i tak wypowie swoje zdanie. Tak było i w tym przypadku, bo choć wielu z Was nie znajdzie tam nic kontrowersyjnego, mnie osobiście dawno nic tak nie uderzyło. Wiadomo, osoba, która nie biega już pięć miesięcy, a przed sobą ma marne perspektywy, może mieć nieco zakrzywiony pogląd na rzeczywistość i czasem zbyt dosadnie przyjmować do siebie pewne opinie (mam tego świadomość, że trochę wariuję), ale później przeczytałam wpis u Mariusza Giżyńskiego i stwierdziłam, że może mój pogląd nie jest tak odosobniony i przesiąknięty goryczą? Bo o ile w bieganiu nie ma nic za darmo, ciężka praca to jednak nie wszystko, a pisząc o tym, Bartek widocznie zapomniał, że mieszka pod jednym dachem z dwoma osobami, które obecnie zmagają się z kontuzjami i którym można zarzucić wszystko, ale nie brak ciężkiej pracy na treningach.

Ciężka praca to ważny składnik prowadzący do sukcesu i absolutnie zgadzam się z tym, jednak gdyby wszyscy gotowi do poświęceń  i ciężkiej pracy mieli to, co sobie wypracowali, czyż nie mielibyśmy mniej kontuzji, mniej porażek, więcej mistrzów, więcej rekordów? Nie trudno jest znaleźć kogoś, kto daje z siebie wszystko na treningach, a jednak bezskutecznie podchodzi po raz któryś do złamania dajmy na to 3 godzin w maratonie. Czy za mało pracuje? Zazwyczaj takie osoby za każdym kolejnym razem odznaczają się jeszcze większą determinacją, gotowością do kolejnych poświęceń, urozmaicają trening, podejmuję przeróżne działania około biegowe (trening uzupełniający, dieta, fizjoterapia, współpraca z trenerami) mające im pomóc w osiągnięciu celu. Rozwijają się, uczą, ostatecznie może nie pojadą na Igrzyska, ale zostają na przykład świetnymi trenerami, bo na bazie swoich doświadczeń poznali bieganie od każdej strony i wiedzą, że w bieganiu 1+1 nie zawsze równa się 2. Już w tym momencie pokusiłabym się o stwierdzenie, że ciężka praca to wszystko, ale u osób z talentem (lub predyspozycjami jak kto woli) i widać to na każdym poziomie, zarówno przy maratończykach łamiących 4 godziny w maratonie, jak i tych ze ścisłej czołówki. Jeden zrobi wynik stosując się do prostych metod, inny musi się nakombinować by w ogóle móc mieć szansę stanąć na linii startu. W bieganiu długodystansowym ciężka praca to naprawdę potężny składnik w drodze do celu, jednak nie jedyny i nie zawsze kluczowy. Akurat Bartek potrafi odnosić sukcesu stosując naprawdę mocny trening i właściwie to jest Jego cały sekret. Jednak jest to recepta podobna do tej, jak zarobić swój pierwszy milion? Jeden ciężką pracą i wyrzeczeniami w końcu otrzyma swoją zapłatę, inny będzie miał szczęście i wygra na loterii, a jeszcze inny skończy z nerwicą i 10 kotami w mieszkaniu.

Czy ciężar włożonej pracy można zdefiniować i określić jego uniwersalną wartość? Nie. Dla jednego limitem będzie jeden maraton w roku, inny będzie raz w miesiącu startował w zawodach ultra i wychodził za każdym razem z medalem na szyi. Czy doświadczenie i przebiegane lata mogą tłumaczyć możliwości jednego i drugiego? Nie zawsze. Tu dochodzi czynnik szczęścia i predyspozycji. Gdyby każdy ultras stosował się do racjonalnych założeń treningowych, startowałby raz na 2 lata, a jednak świat ultra idzie do przodu, ultrasi w samych zawodach przebiegają zazwyczaj tyle co maratończyk przez sezon i nóg nie łamią. Bo każdy z nas jest inny i o tym jacy jesteśmy my sami przekonujemy się dopiero na własnych doświadczeniach, czasem bolesnych, a czasem pełnych chwały. Szybka regeneracja i wytrzymałość organizmu, to nie tylko lata treningu, ale też kwestia predyspozycji. Bartek denerwuje się jak ktoś mu zarzuca, że ma do biegania talent, ale myślę, że nawet najbliższym z Jego otoczenia ciężko czasem inaczej tłumaczyć to co robi i nie ma w tym nic ujmującego. Potrafi trenować śpiąc po 5 godzin na dobę, biegać 5-6 maratonów w sezonie, a po Wingsie normalnie chodził i zwiedzał! Prawie się nie rozciąga i nie ćwiczy (sam się przyznaje do tego). Widzę Go i widzę siebie, która nie ma opcji na wykonanie wartościowego treningu bez pełnego odpoczynku, muszę spać po 8 godzin inaczej spadają mi wyniki krwi i waga, do tego ważę, mierzę i liczę wszystko co zjem, a i tak mam ciągłe problemy z odżywianiem, ja nawet wodę zmieniam regularnie by nie przeciążyć nerek, a Bartek właściwie pije tylko Colę Zero. Mogłabym tak wyliczać drastyczne różnice między nami w nieskończoność, ale nie chcę by powstał z tego epos na temat Bartka talentu i mojego beztalencia, myślę po prostu, że mało kto jest w stanie tak żyć i trenować jak On i zdecydowanie trzeba mieć do tego predyspozycje by nie skończyć szybko z kontuzją.

Ci co mnie dokładnie śledzą pewnie wiedzą, że ja tylko trzy razy w życiu przekroczyłam barierę 400 km w miesiącu, przygotowując się do łamania 3 godzin biegałam 80-100 km tygodniowo i zrobiłam może ze dwa razy powyżej 30 km. Później chciałam iść bardziej w stronę ultra i mi nie wyszło, wiem co źle zrobiłam, czego nie mogę robić, jakie mam słabe punkty, ale 100 innych osób pójdzie podobną drogą i nie skończy tak jak ja. Jesteśmy różni, mamy różne predyspozycje, różne talenty, sama praca to nie wszystko, albo inaczej, sama praca często wystarczy u osób z talentem. Większość przypadków potrzebuje bardziej specjalistycznego i ostrożnego podejścia do treningu, samą ciężką pracą często można sobie zaszkodzić, warto o tym pamiętać.

Nie pomyślcie jednak, że jestem przeciwniczką ciężkiej pracy. Złamanie 3 godzin w przypadku kobiety wymaga ogromnej pracy i ja ją włożyłam. Uważam, że bardzo możliwe, że gdzieś tu zadziałał także talent poza ciężką pracą, ale niewiele osób wie, że dojście do takiego poziomu wymagało ode mnie arcy skupienia na treningu: zawsze spałam 8 godzin, wykonywałam w tamtym czasie mało obciążająca praca, cały czas jestem na specjalnej diecie (bezglutenowa i mało przetworzona z uwagi na moje problemy z odżywianiem), dbam o dostarczanie wszystkich składników odżywczych i odpowiednie nawodnienie, ale mimo wszystko: wolno się regeneruję i nie ma opcji na trening przy pracy w pełnym wymiarze godzin i z małą ilością snu, szybko spadają mi wyniki krwi, a waga potrafi z 54 spaść do 50 w ciągu tygodnia. Nie potrafię oddzielić życia prywatnego od treningu i potrafię zrezygnować z planowanych kilometrów, gdy wymaga ode mnie tego sytuacja życiowa, źle reaguję na stres i mam tendencje do przesadzania z intensywnością jednostek, a do tego wszystkiego wydaje mi się, że mam wyjątkowo mało szczęścia w bieganiu (po takiej Islandii długo nie mogłam uporać się z problemami z oddychaniem i wylądowałam na lekach sterydowych, po których w normalnych warunkach może grozić nawet dyskwalifikacja). Mimo wszystko biegam, bo to kocham i potrafię ciężko pracować, jednak uważam, że ciężka praca to tylko wierzchołek góry lodowej i tylko ktoś, kto nigdy nie stanął oko w oko z przeciwnościami mógł tak spłycić receptę na sukces w bieganiu.

PS Nie, nie pokłóciliśmy się z powodu odmiennego zdania na temat talentu 😉

Share:
  • WarszawskiBiegacz

    Dziś sama robisz sobie kolację 😀

  • pafcio

    To tak jak z jedzeniem – jedni mogą jeść wszystko i o każdej porze i nie grubną. Dla pozostałych to pewna droga do nadwagi. W bieganiu liczy się ciężka praca, bez dwóch zdań, ale od dawna wiadomo, że ten sam trening i obciążenia nie gwarantują identycznego wyniku na mecie dla 2 podejmujących się jego realizacji biegaczy. Każdy ma swoje „coś EXTRA” ukryte gdzieś za pazuchą – zdolność do szybkiej regeneracji, wytrzymałość na duże obciążenia, mocną psychikę, ugruntowaną motywację czy inne takie, i to jest tym, co też decyduje o wynikach. Coś, co się ma lecz niemierzalne żadną miarą. Trening to główna część sukcesu ale jednak tylko składowa.

    Ta piosenka od razu skojarzyła mi się z tytułem Twojego posta:

    https://www.youtube.com/watch?v=wTP2RUD_cL0

  • Do tej pory tylko czytałam Twojego bloga, ale dzisiaj czuję, jakby ten post był o mnie! Mam przyjaciółkę, jesteśmy w tym samym wieku, ważymy prawie tyle samo (ona chyba 2 kg więcej). A jednak różnice między nami są ogromne. Biegałam dość regularnie przez rok i poprawiłam życiówkę na 10 km o ponad 5 min. Jakieś 2 tygodnie później umówiłyśmy się na wspólny trening. Ona nie biegała od 9 miesiący, raz na kilka tygodni poszła na basen. I okazało się, że mimo to, na naszej standardowej pętli 8 km i tak zostawiła mnie w tyle. I ja się pytam, gdzie jest sprawiedliwość? Ja trenuję, a ona „leżąc do góry brzuchem” i tak jest lepsza?

    Ona może po przerwie przebiec naraz 15 km, z dnia na dzień zacząć biegać codziennie i rozciągać się raz na pół roku. I nic jej nie jest. Ja natomiast złapałabym kontuzję pewnie ze 3 razy. Jestem inna, delikatniejsza i potrzebuję innego treningu. Nauczyłam się, że nie mogę biegać codziennie, muszę spać tak jak Ty 8-7,5 godzin (co jest, nie ukrywam, ciężkie do przestrzegania) i także muszę uważać na wagę, bo zanim się obejrzę z 53 kg robi się 50 kg. I zaczynają się problemy.

    Ale wiem, że taki jest mój organizm i niczego nie przeskoczę. Akceptuję to co mam i cieszę się z każdego treningu 🙂

    • Najważniejsze, że masz tego świadomość jaka jesteś i cieszysz się z tego co osiągasz, ja też przestałam się frustrować, mam swoje plusy i minusy i tyle 😉 pozdrawiam ciepło

  • hannah

    Czytalam wpis Bartka i twoj…i dochodze do wniosku, ze obydwoje macie troche racji. Trzeba rozpoznac swoje mocne i slabe strony. Ciezka praca to podstawa, a czasem roznice robia „szczegoly”.

    • 🙂 masz rację, Bartek ma dużo racji, ale jak pisze krótko i w pośpiechu to tak ma 😛

  • Ja dostałem od biegania ostatnio prawie za darmo… łomot. Słaby okres przygotowawczy + warunki pogodowe i ledwo przeczłapałem maraton. Skurcze były tak okropne, że pierwszy raz w życiu miałem myśl, żeby zejść z trasy. I to wszystko za darmo.

    • minus cena pakietu 😉 raz na wozie a raz pod – po łomocie zazwyczaj jest już tylko lepiej 😀 trzymam kciuki

  • Piotr Adamczyk

    Wiesz, można zapieprzać na sukces rok i go odnieść. A można i 10 lat i być nadal w dupie. Reguły nie ma. To, że ktoś zdrowo zachrzania na treningach (czy ogólnie w życiu, kariera zawodowa itp.), nie oznacza, że osiągnie swój cel. Niestety.