trening

Bieg Ursynowa – bieg po życiówkę

Krótki bieg, krótka historia, zastanawiałam się, czy warta opisywania. Biegi na 5 km są takie… jakieś bez emocji. Z drugiej strony padł wynik życiowy, więc warto chociaż w kilku słowach podsumować, czyż nie? A może uda się wyciągnąć trochę emocji?

Zeszłej soboty, 3 czerwca wzięłam udział w zawodach na 5 km, w Biegu Ursynowa. Nie obchodziło mnie, czy będzie gorąco, chciałam chociaż o kilka sekund poprawić swój wcześniejszy wynik na tym dystansie. Poprzednią życiówkę zrobiłam równo 3 miesiące wcześniej w Wiązownie i wynosiła 19:24. Już na początku maja wiedziałam, że jestem w lepszej formie i mogę powalczyć o nowy wynik. Przed wyjazdem do Mediolanu razem z Bartkiem pobiegłam test na 5 km w czasie 18:57, dzień po dwugodzinnej jeździe na rowerze. Tamten bieg wiele mnie kosztował, ostatnie dwa kilometry właściwie płakałam na plecach Bartka, ale czułam się zmotywowana do dalszej pracy. Ewidentnie idę w dobrą stronę. Wow!

Na Bieg Ursynowa zapisałam się dosłownie w ostatniej chwili i namówiłam Bartka by pobiegł ze mną. Z reguły biegam sama na wynik, ale czasem mam ochotę na zmianę i wtedy Bartek jest nieocenioną pomocą. Biega szybciej, więc nie ma opcji by wysiadł przede mną, wie, jakie prowadzenie lubię, co mnie denerwuje, a co motywuje, a przy tym wszystkim jest niebiańsko cierpliwy. No i zawsze to te kilka chwil razem więcej 😉

Dzień przed startem niestety dopadły mnie babskie dolegliwości, a z doświadczenia wiem, że jeżeli jakiś dzień w miesiącu jestem nie w dyspozycji, to właśnie drugiego dnia. Żadnego innego, tylko drugiego. Zapowiadała się nierówna walka, ale mimo wszystko chciałam wystartować.

Na start dotarliśmy jakieś 45 minut przed godziną zero. Tak, to moja i wina i całe szczęście tylko ja miałam walczyć, więc spóźnienie nie przeszkadzało mi – nawet więcej, ja lubię być na ostatnią chwilę – mniej czasu = mniej stresu.

Szybki odbiór pakietów, rozgrzewka (3 km + 4 przebieżki). Nie czułam się najlepiej, dałam Bartkowi przyzwolenie na wolniejsze tempo niż zakładałam. Mieliśmy ruszyć po 3:40, ale 43-45 brzmiało bezpieczniej. Oczekując na strzał startera dołączył do nas Remiś, który biegł treningowo, kilka osób jeszcze próbowało coś zagadać, ale ja już chciałam się skoncentrować. START!

Zaczynamy biec, na pierwszych metrach nie pilnuję specjalnie pleców Bartka, jest sporo ludzi, dopiero po 200-300 m odnajdujemy swoje miejsce i tempo. Popełniłam fatalny błąd przed samym startem i za mało zwilżyłam usta, czuję, okropny dyskomfort i suszę w ustach już od pierwszego metra biegu. Biegniemy tempem 3:43 i ani sekundy szybciej. Sama bywało, że dychy zaczynałam szybciej, ale tu postanowiłam zakończyć ten bieg bez wielkiego zrywu na początku i  wielkiego cierpienia na końcu. Trasa jest prosta, 5 km, dwa nawroty, pierwszy po dwóch kilometrach. Biegnie się dobrze, jestem skupiona (Zapominam, żeby ładnie się uśmiechać! Ach! Znowu!), drugi kilometr wybija w 3:42, nawrót i lecimy dalej. Lekko wieje, ale trzeci kilometr czuję, że biegnie mi się najlepiej. Mówię Bartkowi, że okropnie pić mi się chce i z nadzieją wypatruję wody na 2,5 km. Niestety na trasie nie było żadnego punktu odżywczego, z jednej strony rozumiem – bieg krótki i sama mało kiedy korzystam, z drugiej, czemu akurat dziś zapomniałam się napić? Trzeci kilometr mija w 3:42.

Dwa kilometry do mety i jak to bywa na piątkach, zaczynam mieć dosyć tego tempa. Męczę się i nie mam ochoty walczyć, trochę zwalniam, Bartek krzyczy, że 1500 m do mety zostało… Ot mi pocieszenie! Tysiąc! Pięćset metrów! To dużo! W tamtej chwili to było bardzo dużo! Czwarty kilometr mija w 3:47, tysiąc to już niewiele?

Cały czas biegnie z nami kolega w różowej bluzce, któremu serdecznie dziękuję za równe i cierpliwe prowadzenie razem z Bartkiem. Nawrotka i do mety zostało ostatnie 500 m, postanawiam przyspieszyć i trochę nadrobić straty – kilometr wychodzi w 3:44, przede mną jeszcze kilka metrów, słyszę jak spiker krzyczy by pamiętać, że meta jest przy drugiej bramie i koniec! Dobiegam do mety w czasie 18:50!

Życiówka poprawiona o 34 sekundy! 19 minut złamane. Chwytam szybko butelkę z wodą, jestem zmęczona, jejku normalnie nie mam siły dalej iść taka jestem zmęczona. Nie było dnia konia, ale dałam z siebie ile mogłam. Może powinnam pobiec to szybciej, a może nie, najważniejsze, że idę do przodu zdrowo i konsekwentnie.

Oczywiście czasem niecierpliwię się i chciałabym biegać więcej kilometrów (maksymalnie w tygodniu wychodzi 50) i szybciej, ale mimo wszystko bardziej zależy mi na zakończeniu kolejnego roku w zdrowiu.  Naprawdę nic mi tak się nie marzy. Żadna życiówka, żaden bieg, czy triathlon, nie da mi tyle satysfakcji jak zamknięcie sezonu bez przeciążeń. A jak do tego wszystkiego, udaje się poprawiać wyniki – to już w ogóle bajka!

Share:
  • Gratulacje Kasiu za życiówkę!
    I dobrze piszesz, aby pilnować zdrowia. Kiedyś, przy początku biegania założyłem sobie, że wolałbym za XX lat, czyli na późną starość, nie mieć problemów zdrowotnych przez bieganie. Pomaga mi to w pilnowaniu się z kontuzjami czy przetrenowaniem.
    ps. też niedawno zrobiłem życiówkę na 5km – 19.19 – ale mam apetyt na 18:XX 😉